Avatar. Nie barwy które niesie wiatr.

 

Wypada mieć swoje zdanie na temat Avatara. Każdy szanujący się popkulturalista m u s i a ł zarejestrować to wydarzenie. Ten owczopędny terroryzm działa mi na nerwy. Wcale nie chciałam pisać o nowym cacku Camerona. Wszystko już zostało napisane i wszystko wieje nudą. Niektórych haseł mam już kompletnie dosyć:
– ekologia
– animacja 3D
Pocahontas (wolę wersję z SouthParku)
Irak
– 400 mln USD

 

Czy ja byłam na tym samym filmie? Czy może go nie zrozumiałam? Bo miałam trochę inne skojarzenia. Tzn te banały rzecz jasna nie dały się zignorować, ale było w Avatarze cnm kilka dużo ciekawszych moim zdaniem motywów. Siedziałam więc cicho sądząc, że jestem wyalienowana w swoich opiniach. Ale WRESZCIE znalazłam recenzenta, który ma podobne spostrzeżenia. A zatem proszsz bardzo, jak wszyscy to wszyscy.

Nie będę powtarzać wszystkich świetnych wątków poruszonych w artykule Mariusza Agnosiewicza, nie miałoby to sensu. Ale jeden temat muszę rozwinąć, bo ta myśl tkwiła mi w głowie od momentu jak zdjęłam te śmieszne okulary w Ajmaksie.
Żadne tam ekosystemy, bratanie się z przyrodą i powrót do korzeni, czy gałęzi. Dla mnie słowem kluczem do zagadki Pandory jest SIEĆ. Ekosystem tej planety jako naturalny internet. Z biologicznie wbudowanym dostępem, za pomocą wtyczek w warkoczu. Za darmo, bez routerów i laptopów.
Nie chodzi mi o sieć w naiwnie zielonym rozumieniu typu ‘wszyscy jesteśmy połączeni w wielkim cyklu życia’, ‘człowiek jest częścią przyrody’, ani też ‚przyroda to skomplikowany system powiązań, a człowiek tę harmonię burzy’. I nie ‚ barwy, które niesie wiatr’.

 

 

Wizja, że korzenie drzew działają jak rozbudowany system nerwowy, że tworzą układ podobny do synaps w mózgu, to nie jest szamaństwo. Mi skojarzyło się to jendoznacznie z ideą sieci, złożonej z wielkiej ilości ‘użytkowników’, połączonych ze sobą, zdolnych przesyłać informacje, tworzących interaktywną całość. Jak taki jeden wielki organizm złożony z milionów indywidualnych elementów. Nie tylko o drzewa i korzenie, ale wszystkie te kozackie żyjątka Pandory, które nam robią opad szczęki (swoją drogą to musiał być raj dla grafików kreatywnych). Jest też wierzbopodobne Drzewo Dusz i pełni ono funkcję centralną – jest po trochu olbrzymim serwerem, po trochu wyszukiwarką interentową, gdzie każdy może odnaleźć potrzebne dane. Pełni też funkcję serwisu społecznego – zbiera się wokół niego cała ekipa Na’avi, ciągnie ich do Drzewa, jak nas do Facebooka.

Ponadto! Absolutnie nie uważam plemienia Na’vi za lud prymitywny. Raczej za cywilizację cholernie zaawansowaną, do tego stopnia, że nie potrzebują technologii, bo jej funkcje przejęła biologia i to sławne myślenie ekologiczne, świadomość symbiozy, współodczuwanie, porzucenie przekonania że człowiek (lub Na’vi) jest panem, a przyroda ma mu służyć. Chyba zgodzicie się, że możliwość naprawdę głębokiego zrozumienia każdej istoty (Innego?) i udane stworzenie doskonale harmonijnego systemu (kosztem pewnych poświęceń ), wymaga niezłego zaawansowania duchowego i cywilizacyjnego. Co prawda moja teza nie uzasadnia używania łuków i kiwania się w rytm zapodawany przez szamankę, ale może to kwestia mojego braku wyobraźni.

Prymitywni czy nie, ci elfopodobni mieszkańcy drzewa wzbudzają masową sympatię publiczności i budzą w nas tęsknotę za lepszym, prostszym, szczęśliwszym światem. Sądząc po liczbie znajomych, którzy na fejsie wstawili sobie własne fotki przerobione na niebieskich anorektycznych Indian, zaryzykuję stwierdzenie, że każdy w głębi duszy pragnie zasnąć na drzewie, dosiąść leonpteryxa i zachwycać się świetnymi kwasowymi nocnymi bioluminescencjami. Przynajmniej po wyjściu z seansu. Ten film rzeczywiście ma wymowę pro-eko. Ale nie próbuje zmienić świata. To raczej bezpieczna fantazja niż zielony manifest.

Inna sprawa poruszona w recenzji Agnosiewicza to tytułowy motyw avatara. Aż dziwne, jak mało poświęca się w recenzjach miejsca na ten niesłychany, posthumanistyczny, bardzo aktualny naukowo problem. Jedynie niezastąpiony Edwin Bendyk dostrzegł od razu wizjonerstwo Camerona w tej kwestii. Film idealnie wpisuje się w modny ostatnio motyw surogatów, porusza gorące problemy genetyki, biotechnologii i hybrydyzacji.
Posiadanie swojej własnej samosterowalnej kukiełki pozytywne społecznie skutki: w pewnym stopniu rozwiązuje problem ludzi niepełnosprawnych, marginalizowanych, uwalniając człowieka od jego niedoskonałej, często ułomnej, doczesnej powłoki. Choć wolę nie wkraczać w kwestie kosztów, jakie niesie za sobą podpięcie się pod Avatara. Zapewne byłyby słabo refundowane przez NFZ. Nawet w filmie Camerona badania nad Avatarami finansuje zła i okropna kapitalistyczna korporacja. Może do tego właśnie potrzebujemy korporacje.

Idea avatara jest ucieleśnieniem naszych sieciowych tożsamości, często zresztą będących avatarem – obrazkiem reprezentującym nasze ‘ja’ w sieci. Nie powiem nic odkrywczego, stwierdzając, że internet uwalnia nas od własnej tożsamości, naszego miejsca w kulturze, realnych uwarunkowań i generalnie likwiduje wiele nierówności. Mamy różne profile porozrzucane po sieci, żyją one w zasadzie własnym życiem, zdalnie sterowane przeze mnie – wielkiego administratora. Czyć nie nosi to znamion boskości? Avatar jest kolejnym krokiem. Nie tworzymy go w kodzie html, ale w kodzie genetycznym. Nie jest nami, ale my jesteśmy nim, jak odbicie w magicznym lustrze. Niepełnosprawny marines, niczym Alicja w krainie czarów, przekracza barierę niemożliwego. Wchodzi w inny, ale realny świat.
Mnie osobiście trochę przeraża, że ten świat po drugiej stronie może się okazać atrakcyjniejszy niż ten bazowy. Tak jak czasem chcemy wrócić do jakiegoś wyjątkowo pięknego snu. Co się dzieje, gdy człowiek nie chce już być ‘starym’ sobą? I czy jest bardziej tym ciałkiem leżącym w kabinie, czy już może raczej tym przystojnym Na’vi, który na którego leci księżniczka? Ulegamy iluzji, że człowiek staje się wreszcie kompletnie wolny od ciała, że jest czystą świadomością, wiązką impulsów nerwowych. Można ją wrzucić byle gdzie. Problem w tym, że tam, w dotlenianej kapsule nadal leży bezwładna kupa skóry i mięsa i to ona jest naszym domem. Ta ucieczkowość jest pięknie podkreślona w filmie, gdy płk Quaritch próbuje udusić ciało Jake’a – i tym samym otrząsnąć go z iluzji, w jaką popadł. Idea, że Quaritch to mentor, chcący wyzwolić podopiecznego i otwierzyć mu oczy na prawdę, dodaje parę nowych kolorów tej pure schwarzcharakternej postaci.

 

Na pewno duży minus dla Camerona za wymyślenie plemienia atrakcyjnych, długonogich, beztłuszczowych istot o kocich oczach. Aż chce się popaść w anoreksję.

Cameron to niezły cwaniak. Robi masową superprodukcję za niewyobrażalną furę pieniędzy, a zarazem promuje postawy lewicowe: alterglobalistyczne, feministyczne,. anty-imperialistyczne i antykapitalistyczne. I ludzie to łykają. Szkoda tylko, że zamiast coś z tym bajzlem zrobić wolimy lecieć na Pandorę.

 

A na deser..

I jeszcze dwa dobre komentarze:
Encyclopedia Dramatica – zło
Wiadomość dla Ludzi z Nieba – KPla

Podziel się ze znajomymi!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *