Bilal, albo po co nam muzyka na żywo


W dniu wczorajszym (9.11.13) Bilal dał koncert live w Cafe Kulturalnej. Był to kolejny po styczniowym Inc. świetny koncert zorganizowany przez Warsoul, oby takich gości – i takich organizatorów – w Polsce jak najwięcej.

Koncert Bilala mnie zaskoczył. Nie tylko okazało się, że na żywo kawałki z tegorocznego albumu A Love Surreal brzmią jeszcze lepiej niż na płycie, ale też dokonałam dość przełomego odkrycia.  Jak się okazało, choć byłam już w życiu na paru koncertach, to dopiero zespół Bilala uświadomił mi ponad wszelką wątpliwość, co tak naprawdę znaczy zwrot “muzyka na żywo”.

Nigdy nie ciągnęło mnie w strone jazz improvisation, wręcz nie mogłam pojąć, czemu ludzie się tym tak ekscytują. No i chyba w końcu zrozumiałam – cała magia jest własnie w tym graniu na żywo. Choć Bilal jest artystą soulowym, to właśnie te jego (i zespołu)  jazzowe ciągoty i skłonność do improwizacji sprawiły, że ten koncert był tak inny od poprzednich.

[youtube width=”400″ height=”265″ video_id=”wNaEhXHPjv0″]

Słuchając ich poczułam, że w muzyce “live” nie chodzi o to, żeby na żywo odgrywać znanych sobie i publiczności na  pamięć kawałków niczym automat – nawet jeśli jest to automat perfekcyjny. Nie chodzi nawet o wersje koncertowe piosenek z albumów, wzbogacone o solówki na gitarze, czy dodatkowe instrumenty. Nie! To wszystko jest jak wskrzeszanie trupa, albo kopiowanie, przy cudzie (tak, użyłam wyrazu cud) prawdziwej muzyki na żywo, jakiego doświadczyłam na koncercie Bilala i jego zespołu.

 To zespół był właśnie kluczem do tej żywotności muzyki, nie tylko tłem do wokalisty. Każdy z nich był wokalistą swojego instrumentu, każdy był równoprawną częścią zespołu, który działał jak żywy organizm – bez planu, spontanicznie i naturalnie stwarzał sam się w samym momencie gry i poprzez nią.

 

Każdy z muzyków był kompletnie oddzielny jako osobowość (klawisze, parkusja, gitara, wokalista, wokalista od chórków), ale też niezwykle świadomy i zasłuchany we wszystkich innych. A zarazem nie było to jam session, bo kawałki były znane. Było to coś pomiędzy – zespół był kompletnie poddany nastrojom melodii,  płynął po zmiennej materii dźwięków, która przecież nich samych wypływała, ale wyglądało to jakby dyrygowało nimi coś więcej, jakaś wyższa intuicja.

Bo z kawałków co chwila rozpadających się w chaos, wciąż od nowa rodziły się cudne harmonie, jakby przez przypadek, jakby powstawał wszechświat. Zupełnie zachwycające doświadczenie. Dlatego właśnie Bilal (zespół, nie tylko wokalista) brzmiał najlepiej pomiędzy kawałkami, kiedy nic nie było pewne, a melodia była czystą improwizacją, która nie sili się na nic, płynie swoim torem donikąd i żaden z artystów nie ma pojęcia dokąd ich zabierze – i to właśnie jest świetne.

[youtube width=”400″ height=”265″ video_id=”1b_YHKDlWpk”]

Mimo to muzyka powstawała jakby spontanicznie, mimochodem, z wybuchów rytmu, kropli klawiszy i fal gitarowych strun. Uszy muzyków i całej publiczności były wyostrzone do granic, wychwytując każdą zabawę, sprzeczkę i zjednoczenie między gaworzącymi ze sobą ścieżkami melodii. Nie było nawet potrzeby patrzeć, przy zamkniętych oczach łątwiej pozwolić ciału zlać się z humorzastym rytmem perkusji i połączyć w jedność, w jedno puslujące ciało melodii, harmonię idealną niczym miłość, całość, która trwa sekundę aż po w nieskończoność.

Podziel się ze znajomymi!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *