Co robią copywriterzy, gdy nie piszą reklam?

Reklama jaka jest, każdy widzi. Aż za dobrze. Wręcz nie da się odwidzieć. jednym uchem wtłaczane są nam hymny ku czci produktów, drugim lamenty o ich fałszu i zaśmiecaniu przestrzeni. Nie mówiąc o naszych mózgach. W tej sytuacji warto postawić pytanie: czy my w ogóle potrzebujemy jeszcze więcej reklamy?

Mimo, że odpowiedź wydaje się aż nazbyt oczywista,  znalazły się osoby, które uznały, że nam ciągle mało – postanowiły nas uszczęśliwić kolejną dawką reklamy – w formie utworów literackich i filmowych. Z jakim skutkiem – zobaczcie sami.

1. Reklama jak rak

W jednym z najnowszych reportaży wydawcnictwa Czarne Filip Springer zapoznaje nas z tym, co niestety dobrze znamy – okropieństwem polskiej przestrzeni. Składają się na nią głównie grodzone bloki, fantazyjny styl rzymsko-egipsko-wenecki, wszechobecna pasteloza, ‘polna deweloperka’ oraz oczywiście reklamy.

Reklamy – dzikie, szkaradne, reklamy jak rak. Niekotrollowane wykwity w najdziwniejszych zakątkach tkanki miejskiej, na domach, ścianach, na rusztowaniach lub byty wolnostojące. Wolnostraszące. Przesłaniające krajobraz. Obrażające nasz zmysł estetyczny. Oczojeby walące przekazem z substelnością kopa gumofilcem. Wulkanizacja. Hurt Detal. Erupcja bólu w najmniejszych detalach. Oczy pękają.

I tu następuje rzecz dziwna. Z tymi popękanymi oczami, z tą zaaplikowaną dosercowo szokową dawką surowej polskiej bezguścicy, czytamy reportaż Sprinegra z zapartym tchem i wypiekami na twarzy. Jak kryminał, w którym czytelnik śledzi losy detektywa, podążająceg tropem jakiejś potwornej zbrodni na krajobrazie Polski. Choć zakończenie przecież wszyscy znamy.

Filip Springer “Wanna z Kolumnadą” wyd. Czarne 2013
4 /5 (goodreads)

2. Reklama bez briefu

Tyle o wytworach reklamowego przemysłu. A może coś o kryjących się za nimi potworach? Siedzących w agencjach  bogach zniszczenia, kreatorach cywilizacji śmierci? Niektórym copywriterom (redaktorom reklam) nie wystarcza obrzucanie nas reklamowym gównem we wszystkich ksztaltach i kolorach. Nie… oni chcą, byśmy się w nim taplali, jako i oni się taplają.

W tym celu “ujawniają” nam kulisy swojej pracy. To znaczy, gdyby rzeczywiście je ujawniali, może byłoby ciekawie. Ale nie. Tekst o branży reklamowej napisany przez inside (wo)mana musi być zjadliwą satyrą. Ostrym pamfletem. Dziełem ciętym, przewrotnym, bezkompromisowym.

Autorka pierwszego tekstu była copywriterką w agencji reklamowej. I napisala książkę o art directorce (graficzce) w agencji reklamowej. Autor drugiego tekstu był copywriterem w agencji reklamowej. Więc napisał ksiązkę o copywriterze w agencji reklamowej. Potem nakręcono z tego film, w którym, żeby rozwiać jakiekolwiek wątpliwości, aktor grający głównego bohatera wygląda jak autor ekranizowanej książki. To też pewnie ironicznie.

Potem też jest podobnie. Oba teksty opisują koszmar pracy w agencji reklamowej, gdzie trzeba nonstop brać narkotyki i użerać się z klientami, którzy ciągle czegoś chcą. Są też upierdliwi, wchodzący w dupę accouci, którzy cały czas męczą o to, żeby coś wymyślić. I cały czas trzeba mieć pomysły, być najlepszym, na wysokich obrotach, no tak, wyścig szczurów, nie ma domu, nie ma rodziny, nie ma miłości, nie ma prawdy w reklamie!

Ale jest hajs, jest haj, imprezy, sukcesy, przetargi, więc jakoś świat się kręci. Ale nagle przestaje. Nagle w świecie sprzedawców marzeń pojawia się śmierć. On popełnia samobójstwo, ona umiera z przepracowania. Przerwa na reklamę.

Ksenia, bohaterka “Nie żyję więc jestem”, umiera na samym początku ksiązki i po śmierci trafia do czyśćca, gdzie oprócz wspominania swojej ukochanej pracy, przez którą umarła, próbuje wprowadzać strategie reklamowe oraz robi rzeczy równie nieistotne, jak cała ta książka. Nie wiem jakim cudem Katarzyna Byzia zrobiła karierę w reklamie, skoro  już po paru stronach  jest w stanie mnie skutecznie zniechęcić do przeczytania swojego 200-stronicowego dzieła. I cóż z tego, że rzuca reklamowym slangiem, skoro nic to nie wnosi. I cóż z tego, że serwuje nam gorzką pigułkę banalnej przecież prawdy, piętnując bezduszny świat mediów i reklamy, skoro nie da się tego nijak przełknąć (dobry przykład dlaczego nie należy przesadzać z ironią).

“Postanowiła więc raz napisać to, co chcę” – wyznaje autorka, pisząc o sobie w 3 osobie na 1 stronie książki – “I napisała książkę. Pisało jej się cudnie” – zdaje się, że pisanie sprawia jej przyjemność niewspółmierną do rezultatów. Jest na taki rodzaj pisarzy nawet specjalna nazwa. “Tak jej się spodobało, że teraz pisze drugą ksiązkę.” Tak, to ta nazwa.

Frédéric Beigbeder w ekranizacji swojej książki “99 francs”, pokazuje siebie samego. Zbyt dobrze opłacanego, zblazowanego gwiazdora copywritingu, uzależnionego od kokainy, prostytutek i nienawidzącego swojej obrzydliwej pracy.

Na samym początku  filmu widzimy, jak bohater popełnia samobójstwo. Dalsza akcja jest typową drogą ze szczytu na dno. Ale nie do końca. Bo gdy jakoś w 3/4 filmu rzeczywiście dochodzi do scenu samobójstwa, dzieje się rzecz dziwna. Autor miłosiernie postanawia dać swojemu bohaterowi jeszcze jedno życie.

Nowy, lepszy Oktawian, po skompromitowaniu ważnego klienta wybiera życie Robinsona Crusoe na tropikalnej wyspie. Porzuca zepsuty świat reklamy, żyje blisko natury, zapuszcza brodę, chudnie i brata się z tubylcami. Nawet wraca do niego dziewczyna z dzieckiem, którą odrzucił, bo był taki niedojrzały. Przytulają się w blasku słońca i okazuje się, że to także fałsz, że są tylko billboardem reklamowym nad głową Oktawiana – samobójcy. Co za zwrot. Czyli jednak samobójstwo. A może nie. Nie wiadomo. To taki wieloznaczny film!

Powiedzieć, że nie rozumiem tego filmu to mało. Mam duże obawy, czy ten film sam siebie  rozumie. Bo nie może się zdecydować, czy jest satyrą, komedią, dramatem czy francuską wersją Las Vegas Parano. Czy traktuje temat poważnie (śmierć, stracona miłość, błędy nie do naprawienia), czy dla beki (palenie lolków u klienta, obsadzanie prostytutek w reklamach, obsypywanie chomika kokainą, rozjeżdżanie głupich klientów. A może po prostu klient wrzucił do briefu wszystko naraz i wyszło tak jak wyszło? Ah ci głupi klienci.

Katarzyna Byzia “Nie żyję, więc jestem”
1 /5 (goodreads)

Jan Kounen, “99 Franków” 2007
2/10 (filmweb)

3. Reklama bez złudzeń

Na pierwszy rzut oka w powieści Pielewina jest to samo co wyżej: zblazowany copywriter, skorumpowany świat reklamy, narkotyki, układy i śmierć. Ale jest też coś, co sprawia, że “Generation P” kompletnie się różni od poprzednich tytułów.

Może to przez sentyment do PRLu – Pielewin osadza akcję w czasach Jelcynowskiej Rosji, pionierów kapitalizmu i samozwańczych speców od reklamy.

Może to przez świetny styl Pielewina – pełen cytatów z popkultury, autentycznych  perełek copywritingu, doskonałych dialogów i obserwacji społecznych z czasów transformacji ZSRRu – niby egzotycznych, a jednak dziwnie bliskich.

Może to brak frustracji – Pielewin nie jest odartym ze złudzeń eks-kreatywnym, który chce się zemścić na podłych szefach i wreszcei im wszystko wygarnąć. -Nieee, on nie ma żadnych złudzeń. Opowiada historię Tatarkiewicza – człowieka, który przez czysty przypadek staje się trybikiem w reklamowej machinie, opartej na układach z mafią, tajnych bractwach i supernowoczesnej technologii. I ani krzty ironii.

A może to właśnie przez głównego bohatera, który w dzisiejszych czasach idealnie by się wpisywał w przedstawiciela młodego prekariatu. Nieużytecznie wykształcony, zdolny, zarabiający psie pieniądze, nie ma złudzeń co do swojego marnego losu. Nie ma żadnej kontroli nad biegiem zdarzeń, który wciąga go do reklamowej gry. Robi co może, poznaje zasady działania, jednak nigdy w nie całkiem nie uwierzy, ani też nimi nie wzgardzi. Wie, że jest tylko aktorem i gra go wypluje tak samo jak go połknęła – bez zapowiedzi, bez powodu, bez pożegnania. I żadna śmierć tego nie zmieni.

Wiktor Pielewin, “Generation P” W.A.B. 2002
4 /5 (goodreads)

***

Nie będzie chyba zaskoczeniem, że polecam Pielewina oraz Springera.
Choć nie wiem, czy można mi wierzyć. Przecież pracuję w reklamie.

Podziel się ze znajomymi!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *