Człowiek z kultury

 

 

Rok 2017 rozpoczął się od pożegnania. Odeszło dwóch wybitnych ludzi kultury, którzy zdefiniowali epokę mijającą, jak i – nadchodzącą. Jeden z nich ukuł termin płynna nowoczesność, drugi – hauntologia i realizm kapitalistyczny. Jeden był uznanym i szanowanym akademikiem, drugi – bezkompromisowym kulturowym renegatem, idealistą naznaczonym losem prekariusza. Pierwszy był dla mnie inspiracją do napisania pracy magisterskiej, drugi – do przeniesienia aktywności z akademii do internetu. Zygmuntowi Baumanowi poświęcono setki artykułów w polskiej prasie, Mark Fisher chyba nie doczekał się żadnego (ale ponoć Dwutygodnik szykuje tekst o jego najnowszej książce), może też dlatego, że jego główna działalność skupiała się w sieci:

  • Autor bloga k-punk, kultowego w pierwszej dekadzie XXI bloga łączącego popkulturę i politykę (tu znajdziecie zbiór jego najlepszych tekstów, skompletowany przez kolejnego kulturowego giganta – Simona Reynoldsa)
  • Autor  książki “Capitalist Realism” opisującej  mechanizmy życia w czasach dyktatury kapitału
  • Twórca terminu “hauntologia” – mechanizmu pamięci polegającego na “nawiedzaniu” teraźniejszości przez popkulturowe duchy przeszłości. Termin szybko przeniknął do internetowej popkultury i stał się inspiracją dla kolejnych opracowań, takich jak “Retromania” Reynoldsa, czy “Duchologia Polska” Drendy. Temat sam rozwinął w książce “Ghosts of my Life”.
  • Założyciel wydawnictwa Zero Publishing, publikującego książki  jego oraz mu podobnych, niszowych mózgów
  • Uczeń Nicka Landa –  kontrowersyjnego wizjonera, założyciela Ccru (Cybernetic Culture Research Unit)  – postępowej komórki akademickiej zajmującej się internetem, cyberpunkiem, akceleracjonizmem i realizmem spekulatywnym (i czasem drum’n’bassem), czyli tematami wywołującymi przyszpieszone bicie serca u kulturoznawców ery internetu
  • W jednym z głośniejszych tekstów przestrzega przed Ruchem Tożsamościowym (radykalna mutacja alt-prawicy opierająca się o ideę “identity”), promującym ‘rasę europejską’ i przeciwstawia im solidarność i wspólnotowość
  • Podręcznikowy przykład prekariusza-inteligenta, który przez większość życia utrzymywał się z dorywczych prac, prawie całą swoją działalność skupiając w internecie. Dopiero w ostatnich latach zatrudniony jako  etatowy wykładowca na uczelni.
  • Depresję społeczeństw uważał za problem polityczny i wynik antyludzkiej polityki społecznej. Często pisze o życiu z depresją na podstawie swoich własnych doświadczeń. Trudno pominąć ten fakt w kontekście jego samobójczej śmierci w styczniu 2017.

Czytając jego genialnie przekrojowe i piekielnie przenikliwe notki na blogu k-punk, o lata świetlne wyprzedzające powstające równolegle teksty akademickie i pamiętając o jego ciężkim losie akademika-prekariusza, zaczęłam się zastanawiać nad trudnym losem kulturoznawcy.

A przecież od początku nie było lekko – w latach 60-tych, gdy powstało pierwsze centrum Cultural Studies w Birmingham, konserwatywna administracja Uniwersytetu już niepokoiła się lewicowym, wywrotowym charakterem tego kierunku, będącego hybrydą socjologii, komunikacji, literatury, filozofii i politologii, odwołującego się do marksizmu i stawiającego sobie za cel krytyczną analizę oraz dekonstrukcję kulturowych symboli. Po exodusie akademików wywołanym dojściem do władzy Margaret Thatcher, katedra kulturoznawcza w Birmingham dotrwała do 2002 roku, kiedy to została zamknięta pod byle pretekstem. I choć pionierska jednostka zniknęła, to świat nauki połknął bakcyla kulturoznawczego i nowe wydziały powstawały jak grzyby po deszczu – od Australii po USA.

 

Kiedy wybierałam kierunek studiów uzupełniających w 2007, można chyba powiedzieć, że panowała moda na kulturoznawstwo, a postmodernizm, dyskurs i reprezentacje podobnie jak Lacan, Deleuze i Derrida były hasłami powodującymi prawdziwą ekscytację i poczucie obcowania z wiedzą, która jest kluczem do zrozumienia świata.

Po 2010-tym to się zmieniło – tytuł, z którego byłam dumna, zaczął wydawać mi się wstydliwy. Ekspansja modnego kierunku nie szła w Polsce w parze z jakością – powstały dziesiątki uniwersytetów “tego i owego” z aktualnie modnymi “-znawstwami” dla wiecznie zagubionych i kapryśnych humanistów. Nie bez wpływu był też konserwatywny zwrot społeczeństwa, które kolejnego (po lewicy i feminizmie) szatana dostrzegło w ideologii gender. Od tamtego czasu “student kulturoznawstwa” brzmi bardziej jak obelga niż wyróżnienie, jak synonim pseudostudenta: osoby, która wybrała pseudostudia dla pseudopapierka wyższej uczelni, lecz z braku talentu, pomysłu na życie lub/i lenistwa zdecydowała się na kierunek, który ma więcej wspólnego z zabawą niż “poważnymi” kierunkami, które “dają zawód”.


Nagle studiowanie kultury wydało się czymś błahym, niepoważnym. Takim hipsterskim kaprysem. “Co potem będziesz robić, pilnować obrazów w muzeum?” martwiła się babcia. Trudno było ją przekonać, że studia nie muszą wcale dawać zawodu. Kulturoznawca to nie zawód, to stan umysłu. W pewnym sensie ma podobny problem jak krytyk: trochę artysta, trochę badacz, trochę dziennikarz, ale nigdy nie całkowicie artysta, ani badacz, ani dziennikarz (w domyśle zbyt słaby na specjalizację, tkwi gdzieś pomiędzy, “krytykując” i “oceniając” tych, którzy odważyli się wybrać) – trudno ludziom zrozumieć, że w tej interdyscyplinarności tkwi właśnie cała wartość i siła.

„Krytyk” jeszcze przynajmniej jakoś brzmi. Ale  kulturoznawczyni? Jak jakaś bohaterka powieści Żeromskiego, przykurzona pani z domu  kultury, która to instytucja ma z kulturą tyle samo wspólnego co z  domem. Wbrew pozorom kulturoznawstwo nie jest też kursem savoir vivre’u – dyplom nie gwarantuje bycia człowiekiem kulturalnym. Wręcz przeciwnie – wykształcenie kulturoznawcze zmusza do zadawania pytań i poddawania w wątpliwość nienaruszalności i odwiecznie zastanych porządków, zasad i ideologii. A to wielu osobom wydaje się czynnością bardzo niekulturalną.

Więc może rzeczywiście w pewnym sensie kulturoznawcy to banda głupków? No bo kto przy zdrowych zmysłach chciałby pakować się pod podszewkę rzeczywistości, badać mechanizmy stojące za  relacjami władzy, odkrywać ideologiczne fundamenty przekazów  kulturowych, próbować zrozumieć klasowe, społeczne i polityczne  przyczyny stojące za mediami, kulturą, językiem?  To groźna wiedza, która niewielu może się przydać, natomiast wielu może się nie spodobać.

Nie to jest jednak najgorsze. Mimo sporej popularności i produkowania setek absolwentów rocznie, jakoś nadal w społeczeństwie nie rozwinęła się umiejętność krytycznego myślenia. Szkoda – bardzo możliwe, że jest to jedna z najcenniejszych umiejętności, która umożliwiająca przetrwanie w post-internetowych czasach post-polityki, post-mediów i post-prawdy.

Tak naprawdę kurs kulturoznawstwa przydałby się każdemu – by zrozumieć otaczającą rzeczywistość i nauczyć się jak podejmować świadome decyzje w szumie dezinformacyjnym i przebodźcowanym świecie wytworów post-kapitalistyczej kultury. Jak sprawdzać informacje, skąd je czerpać i jak nimi zarządzać. Jak być swoim własnym kuratorem kontentu, architektem  informacji i coachem lifestylowym. Kulturoznawstwo zrywa klapki z oczu. Radykalnie zwiększa umiejętność poruszania się w dżungli informacji. Człowiek z kultury przestaje być łatwo sterowny i staje się jednostką świadomie myślącą, której nie da się wcisnąć kitu albo przynajmniej nie cały. Lepiej rozumie mechanizmy działające w polityce, gazetach, show-biznesie, handlu, marketingu. Uczy się czytać TAK NAPRAWDĘ. Poruszać po internecie, nowych mediach, popkulturze. Jest osobą bardziej wolną, sprawną, mądrą.

Żywot kulturowego renegata nie jest łatwy, a na końcu nie czeka żadna nagroda, no może poza własną satysfakcją i wdzięcznością garstki pasjonatów. Ale to nic, jest w kulturoznawstwie coś, co tak przyciąga – poczucie misji, odkrywania prawdy i przekazywania  jej dalej. Mark Fisher robił to w internecie jak nikt przed nim – najpierw za pomocą bloga, potem internetowego wydawnictwa, forum, kolejnego wydawnictwa. O ile bardzo szanuję prace i myśli Baumana, to jednak właśnie Fisher pozostaje dla mnie ikoną kulturoznawstwa naszych czasów – heroicznym, zarówno w życiu jak i w działalności naukowej zmagającym się z problemami swych czasów, posługującym się narzędziami dla akademików egzotycznymi, a myślami wybiegającym dalej, głębiej i zupełnie gdzie indziej niż reszta. Wytyczył ścieżki, którymi będziemy się poruszać przez lata. Obyśmy zeszli z nich jedynie aby stworzyć nowe – nie po to, by się przesiąść do samochodów.

ostatnia notka na blogu k-punk:
playlista look what fear’s done to my body

k-punk.org
Zero Books
Memorial Fund

Podziel się ze znajomymi!