Czy jestem selfie feministką?

Ostatnio kolega stwierdził, że mój Instagram kojarzy mu się z selfie feminizmem. Zaskoczył mnie, że można go tak odebrać i trafił w czuły punkt – od dłuższego czasu  zastanawiałam się nad celem mojego kanału instagramowego – co chcę przez niego powiedzieć, do czego służy i co się na nim znajduje. Wbrew pozorom, nie są to łatwe rzeczy 😀


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zbiegiem okoliczności dziś przeczytałam relację z warszawskiej wystawy selfie-feministek „na pozór silna dziewczyna w środku ledwo się trzyma” i uświadomiłam sobie, że nigdy nie  utożsamiałam się z tą grupą,  ani do niej nie aspirowałam i nie chciałabym być do niej przypisana. Jestem feministką, ale nie selfie-feministką. 

Zupełnie nie o to mi chodzi w mojej komunikacji za pomocą Instagrama. Oczywiście, jest tu jakiś element feminizmu, najbardziej związany z przechwyceniem tzw. męskiego spojrzenia (male gaze), teorią wizualną zaproponowaną w 1999 r. przez Laurę Mulvey w słynnym eseju „Visual Pleasure and Narrative Cinema„. To ja – kobieta – robię sobie zdjęcia. To ja decyduję jak siebie pokażę, na co zwrócę uwagę, co odsłonię i jakie uczucia wzbudzę. Pamiętając, że jeszcze 20 lat temu aktorki i modelki funkcjonowały w zasadzie jedynie jako eye-candy – obiekty seksualne filmowane i fotografowane przez mężczyzn tak, jak oni chcą i tak, jak im jest przyjemnie, możliwość przejęcia władzy nad Spojrzeniem, skierowanie na siebie obiektywu według mojej własnej woli i wyobraźni sprawia, że odzyskuję podmiotowość. I nawet jeżeli jest to narcystyczne zajęcie (a nikomu nic do tego), to jest również wewnętrznie emancypujące. Lubię być podmiotem i zarazem przedmiotem mojego spojrzenia. Tworzę zdjęcia, które mi samej się podobają. Nie myślę o tym, czy podobają się jakiemuś mężczyźnie. Jestem swoją własną fantazją.

 

 

Druga sprawa, to że wierzę w egalitarną moc Instagrama – tutaj każdy, niezależnie od płci, koloru, wieku, kształtu, klasy społecznej i urody może poczuć się gwiazdą, modelką, influencerem, jeśli tylko chce. Wystarczy odrobina kreatywności, wyobraźni i zabawy. Wystarczy ciało, telefon i pewność siebie. Taka filozofia mocno pokrywa się z ideami vogueingu (ballroom culture), gdzie również chodzi odzyskanie prawa do piękna, godności i podmiotowości przez osoby wykluczone społecznie i seksualnie (więcej o tym pisałam tutaj). I nawet jeśli jesteś białą heteroseksualną kobietą, społeczność vogueingu przyjmie cię do siebie i pozwolił czuć się wspaniale w swoim ciele, będąc tą osobą, którą jesteś. Myślę, że podobnie może działać Instagram. Dlatego moją działalność instagramową wolę nazywać insta vogueing niż selfie feminizm.

To określenie najlepiej odzwierciedla intencję, w jakiej prowadzę kanał – jest on realizacją odwiecznych marzeń o pięknie i doskonałości, odwzorowaniem i hołdem dla inspiracji, jakie znajduję na instagramie czy w sieci – w odpowiednikach kolorowych magazynów, które w latach 70. były inspiracją dla twórców oryginalnego vogueingu. Bo rozpromowane przez Madonnę hasło „Strike a pose” ma wiele oblicz. Oto jest  moje 🙂

Podziel się ze znajomymi!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *