Czym się różni biegacz od jogera

Kiedy ortopeda wydał wyrok skazujący na moje kolano i zabronił mi biegać, zrozumiałam, że żarty sie skończyły – muszę zmienić ulubiony sport. I to na taki, który nie powoduje uszczerbku na kolanie. Zmiana sportu to nie są przelewki. W dzisiejszych czasach w zasadzie oznacza to zmianę filozofii życia. Poczułam to na własnej skórze, gdy powoli zrezygnowałam z biegania i zaczęłam interesować się jogą.

Na przykładzie tych dwóch popularnych aktualnie aktywności – biegania i jogi – dobrze widać, jak bardzo sport ze sposobu dbania o sprawność fizyczną i spędzania czasu, przekształcił się w komercyjną markę, kojarzoną z danym systemem wartości, filozofią życia i – oczywiście – konkretnymi produktami dedykowanych marek.

Bo kiedy myślę o osobie ćwiczącej bieganie i o takiej, która trenuje jogę*, oczami wyobraźni widzę dwie zupełnie odmienne postaci, ba! mogę nawet opowiedzieć ich historię. Poniżej przestawiam to co widzę – ciekawe, czy widzicie to samo.

 

*Gwoli ścisłości, mówiąc „joga” mam na myśli nowoczesną jogę typu fitness, raczej ćwiczenie asanów, niż tradycyjną hinduską ścieżkę wyzwolenia. Chociaż nie ma pewności, czy da się ćwiczyć jogę bez pierwiastka duchowego/religijnego ( ciekawy artykuł na ten temat przeczytacie w ostatnim Tygodniku Powszechnym).

 

Biegacz.

Mężczyzna ok 40, pracownik wyższego szczebla w korporacji. Ma rodzinę, psa, sukces i samochód, ale czegoś mu brakuje. Potrzebuje zadbać o siebie, udowodnić sobie, że jest wciąż młody i w pełni sił, a innym, że jest człowiekiem sukcesu w każdej dziedzinie – w pracy, rodzinie i w sporcie.

Uwielbia rywalizację. Żyje od zawodów do zawodów. Tam umawia się z innymi menadżerami i niby na żarty konkuruje z nimi na śmierć i życie. Wciąż pobija kolene życiówki. Na ścianie w domu zbiera kolejne medale. By być bardziej efektywnym, konstruuje skomplikowane plany treningowe, współpracuje z trenerem oraz stosuje diety oparte na specjalnych żelach, odżywkach i izotonikach dla biegaczy.

Jest gadżeciarzem – jeśli nie ma GPSa Garmin Pro-Runner na nadgarstku i pulsmometru pod koszulką, to ma przynajmniej opaskę na ramieniu, a w niej smartfona. A w smartfonie aplikację Endomondo, która liczy mu pokonane kilometry, spalone kalorie, najszybsze/najwolniejsze okrążenia i wszystkie inne arcyważne statystyki, które przeanalizuje po powrocie do domu.

Biegacz kocha wysiłek – kilkudziesięciokilometrowe wybiegania czyszczą głowę lepiej niż wakacje na Cyprze, a treningi poniżej progu beztlenowego resetują psychę lepiej niż 2-dniowy melanż u kumpla na działce.

Co mu daje bieganie? Sukces. Satysfakcję. Siłę. Czas dla siebie. Ale przede wszystkim sylwetkę.

 

 

Osoba ćwicząca jogę (Joger? Jogerka?)

Kobieta ok 25 lat, studentka kierunku humanistycznego. Nie myśli jeszcze o rodzinie, mieszka w wynajętym mieszkaniu ze znajomymi, chwyta się dorywczych prac, ważniejsza jest dla niej wolność.

Jest wegetarianką albo weganką, ma nawet mini-ogródek na balkonie. Lubi, kiedy wszystko jest bio, eko albo fair trade. Martwi się o środowisko, więc jeździ rowerem i lubi myśleć, że to świadomy wybór (zresztą i tak nie stać jej na samochód).

Unika markowych ubrań, które kojarzą jej się z wyzyskiwaniem pracowników w Chinach i Indiach przez obrzydliwie bogatych prezesów z Ameryki. Zresztą podczas zajęć marka nie jest istotna. Ważne, żeby ubranie było wygodne i nie przeszkadzało w ruchach (to nie jest wcale w jodze tak łatwe jak się wydaje). Prędzej wybierze ciuchy z ekologicznych materiałów ze sklepu internetowego niż modne dresy ze znanym sportowym logo. Nawet jeśli cena będzie podobna.

Nie lubi rywalizacji. Poszukuje „harmonii” – sposobu na radzenie sobie ze stresem, nerwicami, depresją i lękiem, które dotykają wrażliwe jednostki żyjące w mieście (czy ktoś słyszał o jodze dla mieszkańców wsi?).

W jodze nie ma zawodów. Nie ma też planów treningowych ani celów do zrealizowania. Jest tylko ciało, z którym za pomocą pozycji można odnaleźć intymny kontakt, pogodzić sie, zaakceptować je i siebie samą.

Co jej daje joga? Spokój. Elastyczność. Harmonię. Relaks. Ale przede wszystkim figurę.

 

 

Wiem, że te postaci nie pasują do  80% osób uprawiających te sporty. Jednak gdy myślę o tych aktywnościach jako markach, takie właśnie osoby stają mi przed oczami. Jest to tylko wyobrażenie, ale czy nie jest tak, że wybierając sport,  wybieramy też całą narrację o nim?? Jakąś wizję siebie, kogoś kim się chcemy stać dzięki tej aktywności?

Ja tak mam. Gdy trenowałam bieganie, byłam zafascynowana planami treningowymi, uzyskaniem kontroli nad swoim sukcesem i wynikami – również na poziomie zawodowym. Ale okazało się, że zarówno w bieganiu, jak i w pracy nie jestem w stanie przewidzieć wszystkiego – mimo starań i potencjału. Przypadek robi swoje.

Być może dlatego po roku przerwy joga wydała się oczywistym rozwiązaniem – bo bardziej pasuje do aktualnej narracji o otaczającym mnie świecie, w którym nie ma nic pewnego i gdzie należy raczej oddychać niż gonić.

I niech ktoś mi powie, że marketing nie działa.

 

P.S. Będe konsekwentna w mojej nowej narracji, dlatego za tydzień spodziewajcie się notki o eko żarciu. Namaste.

 

 

 

Podziel się ze znajomymi!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *