Diva Disease vol.2

Wszyscy jesteśmy divami.


100 Single Ladies – performance na Piccadily

„Diva is a female version of a hustla”, rok temu obwieściła światu Beyonce w klipie promującym jej album „I am… Sasha Fierce”. Diva, no tak, jak mogliśmy o niej zapomnieć? To właśnie jej nam brakowało! Świat oszalał, widzowie oniemieli. Przecież każda z nas jest divą! – w zachwycie zakrzyknęły kobiety. Ta diva jest naprawdę niezła – zgodnym chórem uznali panowie. Diva jak tsunami przetoczyła się przez popkulturalny glob, zmiatając wszystkie inne kobiece symbole w odmęty zapomnienia. Przynajmniej na chwilę. Zalała świat mody, teledysków i MySpace’ów. Gdy już pierwszy szok minął, gdy pani B. wydała tuzin nowych klipów z nowymi wcieleniami, można wreszcie wynurzyć się i zaczerpnąwszy powietrza w płuca zapytać: ale o co chodzi?

Wszystko to wygląda trochę podejrzanie. Beyonce wykorzystuje określenie, które przecież już od dawna funkcjonuje w kulturze. A może tylko chce je uaktualnić? Rozszerzyć krąg znaczeń? Nie, to raczej wygląda na kompletną redefinicję. Stwierdza wręcz, że „diva to damska wersja cwaniaka”, a opis ten średnio pasuje do Marii Callas czy Renaty Tebaldi. Bo to właśnie dla wybitnych solistek operowych to określenie było pierwotnie zarezerwowane. Ale z biegiem czasu znaczenie rozciągnięto, by dało się jeszcze w nie wcisnąć gwiazdy sceny, wielkiego ekranu i muzyki pop. Czy był to gwałt na divie, zepchnięcie jej z kulturowych szczytów wprost w odmęty mainstreamu?

Nie do końca. Bo diva oznacza boginię. Istotę otaczaną czcią, uwielbieniem, lśniącą cudownością i nieosiągalną jak sam Olimp. Funkcję współczesnych bożków pełnią gwiazdy i celebryci – otaczamy ich swoistym kultem. Ta ich metafizyczna (choć generowana marketingowo) właściwość sprawia, że divą można nazwać zarówno Marię Callas jaki i Marlenę Dietrich czy Mariah Carey. Ta ostatnia sprzeciwiała się zresztą używaniu w stosunku do siebie tej rzekomo obraźliwej etykietki.

Czyżby nie chciała być boginią? Zapewne nie przeszkadzałby jej samo określenie, gdyby nie było że używane w znaczeniu uwłaczającym biednej Mariah. Bo diva, podobnie jak prima donna (solistka operowa), oznacza kobietę kapryśną, irytującą, mającą zbyt wysokie mniemanie o sobie, próżną i wybuchową. Diva to osoba, z którą nie da się wytrzymać, ale jest niezbędna.

Ale to nie koniec historii z definicją divy. Divy operowe zajęły miejsce kastratów, jako gwiazd operowej sceny XVII-go wieku, przejmując ich specyficzną rolę – istot o nieokreślonej płciowości, niejednoznacznych seksualnie. To trochę wyjaśnia, dlaczego divy zostały otoczone admiracją kręgów LGBT.

Sławne, zjawiskowe kobiety z problemami, takie jak Mae West, Marlena Dietrich i Joan Crawford, uznawane były za ikony campu – estetyki kiczu, ironii i przesady, charakterystycznej dla queeru. Queer wielbił divy i otaczał je czcią. Dlaczego? Kandydatki na divy musiały być kimś więcej niż zwykłymi gwiazdami, kobietami przez wielkie „K”. Musiały nie tylko uosabiać aspekty kobiece czy nawet androgyniczne, ale również męskie. To z tego powodu gwiazdy takie jak Betty Davis, Marlena Dietrich czy Barbra Streisand – kobiety przeciętnej urody (jak na standardy Hollywood), lecz zadziorne, uparte i zdeterminowane, pozostały w pamięci gejów, podczas gdy seksbomby pokroju Brigitte Bardot, Jane Mansfield czy nawet Marylin Monroe w dużym stopniu odeszły w zapomnienie.

Parodia Single Ladies –  Justin Timberlake i Beyonce w Saturday Night Live

Ale co ma z tym wszystkim wspólnego Beyonce? I jej diva w kusym body wyginająca się do r’n’b? To prawda, że dziewczyna ma świetny głos, ale do operowej śpiewaczki jej daleko. Jej uroda (przynajmniej jak na mój gust) plasuje ją raczej w czołówce showbiznesowego rankingu. To fakt, że w jednym teledysku przebrała się za faceta („Upgrade You”), ale przecież znana jest przede wszystkim ze swojej bujnej, zmysłowej kobiecości.

Aby poznać motywy jej romansu z divą, wystarczy przeanalizować aktualne inspiracje piosenkarki. Nowy image Beyonce składa się z kilku elementów, najlepiej widać je w teledysku „Single Ladies”, ale też w klipach „Diva” i „Ego”, czy nawet „Halo”. Ultrakobiece kształty, talia osy, niebotyczne obcasy, obowiązkowe czarne body odsłaniające trochę za dużo tu i ówdzie. Specyficzna maniera w poruszaniu się, przesadnie kobiece, wręcz parodystyczne gesty. Pozy rodem z sesji zdjęciowych na okładkę Vogue’a. No i taniec: vogueing.

Beyonce jako Sasha Fierce

Wszystkie te poszlaki ponownie kierują naszą uwagę w stronę światka LGBT, a dokładnie jego undergroundowej części, zwanej ballroom culture. To właśnie tym zjawiskiem swego czasu zafascynowała się Madonna i oddała mu cześć w teledysku Vogue.

Transseksualiści, drag queens i wszelkiej maści ludzie nie czujący się dobrze we własnej płci/orientacji/skórze, tworzą subkulturę, której kwintesencję stanowią bale – zawody, na których możliwie jak najdoskonalej upodabniają się do swej wymarzonej postaci. Nie chodzi o zwykłe przebranie się w sukienkę (skupmy się na mężczyznach). Nie, oni latami pracują nad metodami identyfikacji z wymarzonym ideałem, by opanować każdy szczegół do perfekcji. Operacje plastyczne są normą – tu silikon, tam botks, tu odessać, tam dokleić…
Sposób chodzenia, gesty, pozy, kołysanie biodrami, falowanie włosami, mimika, ułożenie ust, ruchy głowy, spojrzenie aż po czubki rzęs.
Modulacja głosu, jego barwa, sposób mówienia, dobór słów i tematów.
No i nikt chyba aż tak nie zwraca uwagi na strój. I tak nie przesadza.
Ukochany taniec to vogueing – będący hołdem dla modelek z wybiegów i sesji zdjęciowych. Ale też wyrazem wojowniczości, piękna, wiary w siebie. Tak właśnie tańczą divy.

Wszystkie te składniki, zastosowane naraz podczas występu na balu, wyglądają dość nienaturalnie. Żadna kobieta nie ma w sobie aż takiej dawki kobiecości. A jednak widok ten oczarowuje. Możliwe, że przyczyną tej dziwnej fascynacji jest fakt, że uczestnicy realnie dokonują transgresji płciowej, przekroczenia granicy własnej tożsamości. Widziałam takie postaci na wybiegu w czasie balu. Zwłaszcza jedna zapadła mi w pamięć. Wyglądała jak istota nie z tego świata. Była prawie naga. Pomalowana na srebrno, ubrana (to dużo powiedziane) w bikini z łańcuszka. Miała kobiece piersi. Miała usta, policzki, ba! nawet biodra kobiety. Ale to nie była kobieta. Ani mężczyzna. Coś niedefiniowalnego, a zarazem rzeczywistego. Diva?

Kolejnym potwierdzeniem, że termin „diva” jest blisko związany z niejednoznacznością płciową jest fakt, iż funkcjonuje w „kulturze balowej” jako jedna z największych pochwał (Innym takim słowem jest „fierce” (srogi, groźny) – czy ktoś przypomina sobie tytuł ostatniego albumu pani Be?)

Ale powróćmy do nowej divy lansowanej przez Beyonce. Bo cóż z tego, że czerpie inspiracje ze świata queeru? Wszak żadna z niej bojowniczka o prawa mniejszości, wątpię też, żeby nagle postanowiła zabiegać o uwielbienie gejów. Co prawda to oni tworzą jej choreografie, ale to już inna opowieść.

Po tym, jak artystka ogłosiła rządy nowej divy, istna lawina przetoczyła się przez showbiznes. Niesamowite jak szybko gwiazdy podłapują trendy, które sprawdziły się u ich konkurentek. Przykłady? Britney SPears w teledysku „3″, Rihanna w „Disturbia”, Ciara w „Love Sex Magic” i „Work”, Lady Gaga – we wszystkim, Sugababes w „Get Sexy”, Shakira w „She Wolf”. Koleżanki po fachu, idąc przetartym przez Beyonce szlakiem, jak jeden mąż wbiły się w obcisłe body i balansując na zabójczych obcasach przybrały malownicze pozy. Jaką moc mają w sobie te cztery litery, że nawet inne gwiazdy pozazdrościły Beyonce pomysłu?

Diva do kwadratu: Beyonce i Lady Gaga w siglu Videophone

Na pierwszy rzut oka kowale wizerunku pani Be wyciągnęli z kulturowego lamusa dźwięcznie brzmiące słówko i dorobili do niego feministyczną ideologię w wersji pop, której manifestem jest klip „Diva”. Stojąca na czele ruchu Beyonce ogłasza, że diva to damski odpowiednik hustlera – gracza, bad boya z talentem do mnożenia gotówki, którego uosobieniem jest Jay Z – mąż piosenkarki. „A woman who is gettin’ money”, „a lady who does NOT allow passengers on her plane”, kontynuuje definicję Beyonce. Jak wynika z piosenki, diva z determinacją dąży do celu, nie jest ofiarą i nie potrzebuje mężczyzn, umie zarabiać pieniądze i nie wstydzi się swoich sukcesów (co podkreśla, wachlując się plikiem zielonych Benjaminów). Co ciekawe, cechy takie jak siła, dominacja i agresja, które przypisuje sobie diva nowej ery, to aspekty tradycyjnie przypisywane mężczyznom. Przypadek czy zamach na kulturowe postrzeganie płci?

Ale to nie koniec charakterystyki. Diva to również istota niesłychanie seksowna, bezczelnie pewna siebie, świadoma swej atrakcyjności i mocy, niebezpieczna i nieujarzmiona. Wymyka się naiwnej idei Girl Power, firmowanej niegdyś przez Spice Girls – nie dość, że średnio utalentowane, to jeszcze wyglądające jak panienki z przydrożnego klubu go-go. Być może projekt diva ma być dowodem na to, że kobieta, będąc seksowną kocicą, nie musi tracić swej wartości, że nadal jest podmiotem i umyka etykietkom boy toy, play girl, czy innego króliczka. To kusząca wizja. Ale czy realna?

Paradoksalnie, to przecież mężczyźni tkwią u samego źródła zjawiska divy. Nie będę wchodzić w zawiłości teorii płci biologicznej, ponieważ sama nie wiem, czy rację ma Lacan, twierdząc, że płeć biologiczna jest absolutna, czy może Judith Butler uważając, że jest kulturowo uwarunkowana tak samo jak i gender. Intryguje mnie natomiast fakt, że nowa diva w prostej linii wywodzi się od Drag Queen, mężczyzny w przebraniu kobiety. To jakby kontynuacja konwencji, ale odbita w krzywym, postmodernistycznym zwierciadle: kobieta nie tyle wciela się w postać drag queen, co raczej uosabia kobiecy ideał wyobrażony przez transseksualistę. Czy można w tej sytuacji mówić w ogóle o płci?

androgyniczny anthony hegarty – głos queeru

Dla porównania spójrzmy na inną, ambiwalentną genderowo, postać. Ex drag queen, obecnie uznany artysta i muzyk, okrzyknięty głosem queeru – Antony Hegarty. Postawny mężczyzna o głosie anioła. A może nawet o duszy anioła, jeśli zgodzić się, że są to istoty pozbawione płci. Choć nie. Antony nie jest bezpłciowy. Raczej ponadpłciowy, tak jak nieziemska istota na wybiegu podczas balu. W każdym razie jego głos jest cudownie androgyniczny. Eteryczny, z miękkim vibratto, ciepły, melancholijny. Kto słyszał ten wie. Erik Steinskog, analizujący w swoim artykule głos Antony’ego wspomina, że często, by uniknąć płciowych szufladek, nazywa się tego artystę stworzeniem (creature). Ale skoro jest stworzeniem, to czy jest nadal człowiekiem? Wszak XVII-wiecznych kastratów, charakteryzujących się podobnie anielskim głosem, uznawano za nieludzkich (inhuman). Antony w pewnym sensie kontynuuje ideę zapoczątkowaną przez kastratów, których zastąpiły śpiewaczki operowe, które czcią otoczył queer, którym inspiruje się Beyonce i którego głosem jest Antony. Koło się zamyka, ale gdzie w tym wszystkim jest nasza diva? Chyba wszędzie.

Diva wydaje się być symbolem odwiecznej fantazji o wyjściu poza swoją płeć. O byciu czymś więcej niż tylko sobą, o uwolnieniu się z określoności, z kulturowych ograniczeń. To marzenie o transgresji wyraża nie tylko Beyonce, inspirując się estetyką drag queens i Antony, śpiewający głosem queeru. Diva, ten boski pierwiastek nieokreśloności, zdaje się być w każdym z nas. Bo jak inaczej wytłumaczyć nasz zachwyt ponadpłciowymi istotami? Czy nie są w pewnym sensie zwierciadłem naszych tęsknot i marzeń o boskości, wolności od definicji i etykiet? Zapewne wielu się z tym stwierdzeniem nie zgodzi, widząc zarówno w queerze jak i w Beyonce groźne syndromy upadku i degeneracji naszej kultury, czy nawet całej cywilizacji. Mimo to ja kupuję divę. Nie jako cwaną kapitalistyczną sukę, ale jako popkulturowy głos w dyskusji o współczesnej tożsamości

Agata Tomaszewska

kilka kroków do zostania divą

Podziel się ze znajomymi!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *