Fejsydurke, albo wirtualna ucieczka przed gębą.

 Fejsbuk to taka duża podstawówka

– to prawda tak oczywista, że od czasu do czasu nie zaszkodzi sobie przypomnieć. Dorosły człowiek wchodzi na fejsa i mo-mentalnie przenosi się na szkolny korytarz, gdzie zawsze czeka na niego wszystko, co w byciu gimbem najlepsze: trochę beki, trochę wiedzy, pełno dramy i tony plotek o tym kto z kim jak i dlaczego.

Nic dziwnego, że podobne zdanie o social mediach ma Jonathan Franzen, jesten z tych współczesnych pisarzy, do których użycie słowa ‘wybitny’ nie jest marketingową przesadą. W wywiadzie dla Magazynu “Książki” Franzen stwierdza, że szkoła i fejsbuk są podobne do siebie zwłaszcza pod jednym względem: sprawiają, że zawsze jesteśmy w grupie kumpli i rówieśników – czujemy się zatem bezpieczeni, akceptowani i popularni (w skali mikro). I choć wraz z końcem szkoły mogło się wydawać, że raz na zawsze utraciliśmy ten magiczny krąg przyjaciół, to okazuje się, że możemy do niego powracać zawsze i bez końca. I większość wraca. Czemu?

Samotność w sieci? Not anymore.

Trudno jest usprawiedliwić rozłąkę ze znajomymi – zwłaszcza gdy istnieje łatwy sposób by utrzymywać kontakt. Ale szczerze mówiąc jeszcze trudniej jest radzić sobie z poczuciem osamotnienia, które wtedy się pojawia. Nikt nie chce być samotny, mało kto widzi wartość  w zdystansowaniu się do świata, choć oczywiście istnieją outsiderzy i pustelnicy z wyboru. W XXI wieku dostęp do samotności jest poważnie utrudniony – sieć praktycznie eliminuje groźbę samotności, pustkę zapychając portalami społecznościowymi różnej maści. I jak człowiekowi doskwiera brak znajomych, to odpala chatroulette i w kilka sekund ma towarzystwo w każdym kolorze skóry i w każdej strefie czasowej.

Trochę to dobrze, a trochę jednak źle. Jak słusznie zauważa Franzen – to właśnie ta unikana i znienawidzona samotność jest czymś bardzo cennym. Nie tylko dla pisarzy, jak sugeruje autor “Korekt” – dla wszystkich, co to używają głowy do czegoś więcej niż jedzenia.

[quote]Do wytworzenia się indywidualnego stylu, świeżej refleksji potrzebna jest samotność. Jeżeli  nie możesz wytrzymać jednego dnia bez sprawdzenia, ile osób zajrzało na twoją stronę, to jakie masz szanse na stanie się oryginalnym? Czeka cię miejsce w masie ludzi skrojonych według tego samego szablonu, powtarzalnych i przewidywalnych.[/quote]

Trudno się nie zgodzić – samotność i dystans są zbawienne dla twórczości i refleksji. Ale czy rzeczywiście siedzenie cały dzień na insta, fejsie, twitterze i foursquarze sprawia, że stajemy się jednorodną masą bez właściwości?

Fejstodetoks

Każdy ma czasem dość soszalu i robi sobie przerwę. Po początkowej uldze z odstawienia znienawidzonego zjadacza czasu dość szybko pojawia się dojmujące uczucie, że coś ważnego nas omija i nie jesteśmy na bieżąco. Jeden dzień bez facebooka, a już człowiek nie zna połowy memów. Dwa dni – wypada z obiegu, trzy dni – przestaje być popularny, cztery – znajomi zapominają o jego istnieniu. Znowu odchodzi z podstawówki, znowu jest pozostawiony sam sobie, na wielkiej bezludnej wyspie zwanej realem. To dla niego zbyt wiele, więc czym prędzej wraca do grupy, która zawsze ma dla niego dobrego lajka.

Ale powrót nie jest taki prosty. Po paru dniach fejsodetoksu trudno jest wejść z powrotem w ten świat absurdu, gdzie istnieje tylko to, co wrzucisz na walla. Wpatrujesz się ze zdumieniem w feed, zastanawiając się po co tu w ogóle tu jesteś. Najdziwniej wraca się do udostępniania treści na wallu tej tajemniczej, milczącej większości zwanej ‘znajomymi’. W głowie świtają wtedy  całkiem logiczne pytania:

– Po co wrzucam tę fotę, do kogo naprawdę ją kieruję?
– Dla kogo piszę te statusy, czy nie mogę ich wysłać od konkretnej osoby (o której i tak zawsze myślę – tak, to dla Ciebie – ale głośno tego nie przyznam?)
– Skąd we mnie narcystyczne przeświadczenie, że istnieją ludzie, których zainteresuje to, co wrzucam?

Marketing osobisty 

Czuję zażenowanie, jakbym wciskała sobie samej kit. Lecz nie ma rady, żeby funkcjonować na fejsie, trzeba przejść tę bolesną transformację punkt po punkcie:

1. wyłączyć skromność i niepewność
2. włączyć tryb autopromocyjny
3. uwierzyć w swój produkt, który zaraz zszerujesz
4. dobrze go sprzedać (każdy ma swoje systemy sprzedażowe)
5. dobrze sprzedane -> pliczek lajków w nagrodę -> natychmiastowa gratyfikacja / szczęście
6. źle sprzedane -> cisza -> rozpacz / narzekanie na edgeranka / forever alone

W ten właśnie sposób  z jednostki ludzkiej ze wszystkimi charakterystykami i przywarami, każdy z nas staje się cwanym specem od social media marketingu i autopromocji.  Dbamy o swój profil, image i markę – żeby była niepowtarzalna, atrakcyjna, lubiana przez znajomych (a raczej ‘lubiana’ przez ‘znajomych’). Na fejsie nie ma masówy, jest indywidualność (a raczej jej złudzenie). Każdy z feedów pragnie być inny, ale tylko nieliczne faktycznie się odróżniają. Reszta tylko szeruje to, co i tak wszyscy już widzieli, w nadziei, że zdobędą poklask przynajmniej w swojej części internetu.

[quote]Wierzcie mi, obywatele ubóstwiający barwność, w kulturach, w których każdy jełop odznacza się indywidualnością, indywidualność staje się czymś dla jełopów.[/quote]

Autorem tego jakże aktualnego cytatu sprzed 100 lat jest Karl Kraus* – austriacki dramaturg i publicysta. A skoro już wtedy panowała moda na indywidualistów, to ciekawe co autor by powiedział teraz, kiedy indywidualność jest podstawą masowej tożsamości? Gdy nikt się nie zastanawia nad tym, czy jest indywidualistą czy nie, bo przecież każdy nim jest? Pytanie tylko jak tą wyjątkowość, co we mnie siedzi wyrazić, by wyróżnić się z tłumu wyjątkowych ludzi?

Masa indywidualistów

Indywidualizm jako postawa wylansowało towarzystwo zgromadzone wokół Epikura. Uznali, że celem życia ludzkiego jest prywatne szczęście. W XXI wieku samorealizacja, czyli świecki odpowiednik zbawienia, nadal jest jednym z podstawowych celów życia. Praca nad sobą, samorozwój, spełnienie – brzmi znajomo? Małgorzata Jacyno w książce Kultura indywidualizmu stwierdza, że „w nowym indywidualizmie ja staje się przedmiotem ‘niezmordowanej pracy’”. Nieustannie czujemy presję samodoskonalenia, chcemy poznawać coraz lepszych ludzi, być coraz mądrzejszymi i umieć więcej. Jakby życie było pięciem się pod górę, albo grą, w której nasza postać musi zdobyć jak najwięcej punktów, żeby dotrzeć do finałowego levelu. Życie jako rutyna kolejnych podobnych dni i nocy, upływające w rytm świąt i zmieniających się pór roku, podzielone na etapy wydarzeń rodzinnych – to daleka pieśń przeszłości.

Indywidualizm zmienił jednostki i społeczeństwa – wyparł działania kolektywne i obywatelskie, usunął potrzebę przynależności do jakiejść grupy (nie mówię o grupach na fejsbuku!), osłabia zainteresowanie polityką. Skoro wszystko zależy od indywidualnego wysiłku – to co nas obchodzi jakiś rząd? Nawet bieda i bezrobocie coraz częściej są postrzegane nie jako problemy polityczne i społeczne, lecz jako przejściowe trudności, jakie napotyka jednostka i z którymi sama musi sobie dać radę. Czy w społeczeństwie złożonych z indywidualistów, gdzie każdy problem jest sprowadzany do sfery prywatnej, możliwa jest w ogóle rewolucja? Ciekawie pisze o tym Marcin Punpur na portalu Racjonalista.pl:

[quote]Dla współczesnego indywidualisty nie ma obszarów wyjętych spod samorozwoju. Sfera publiczna nie stanowi tutaj wyjątku. W związku z tym jednak, że trudniej ją kontrolować, w końcu zależni jesteśmy od innych, indywidualista coraz częściej wybiera prywatność jako teren spełnienia. Wiąże się z tym niepokojące zjawisko prywatyzacji roszczeń społecznych. Takie problemy jak bezrobocie, ubóstwo, przestępczość, dyskryminacja, zanik więzi społecznych, degradacja środowiska nie mają już swego źródła w polityce, czy szerzej w organizacji życia publicznego lecz we własnym wnętrzu. To jednostka jest za nie odpowiedzialna i dzięki właściwemu nastawieniu może je zmienić. […] I tak na przykład, z bezrobociem nie walczy się poprzez stosowne reformy systemowe, lecz przy pomocy wizualizacji sukcesu i pozytywnego myślenia. Problemy ze znalezieniem pracy tłumaczy się kiepską samooceną, schematyzmem myślenia i słabo rozwiniętą inteligencją emocjonalną.[/quote]

Mniej  lub bardziej krytycznie podchodzimy do kultury masowej, globalnych marek, gardzimy ślepym podążaniem za tłumem i stadnymi zachowaniami.  Ale zarazem masowo wpadamy w pułapkę indywidualizmu i wyrażania swojej oryginalności poprzez ‘marki dla indywidualistów’ – limitowane edycje, pop-up story, niszowe kolekcje, wirtualne butiki, młodych polskich projektantów, DYI, targi designu…

Krytyczne podejście do kultu indywidualności zdarza się znacznie rzadziej. Trudniej w indywidualizmie dostrzec schemat konsumpcyjny i kolejną sprytną modę na podbicie rynku hasłami “buntu”, “wolności” i “bycia sobą”. To, co indie, alternatywne, lokalne i ‘homegrown’, jest nadal niewinne – indywidualność wciąż nie kojarzy się z masowym pędem, w rytm wygrywany przez  sprzedawców towarów.

Dostrzec bezsens mody na indywidualność do jedno, ale wydostać się z niej to drugie. Bo skoro indywidualność to ucieczka od masowości, to dokąd wiedzie ucieczka od indywidualności? Jaką mamy alternatywę do “bycia sobą”? Nie jest łatwo uciekać od gęby, bo ciągle wpada się w nową. Pytanie, czy w ogóle można uciec?

Jak dobrze nie być indywidualistą

Inna sprawa, że w rzeczywistości niewielu z nas jest stuprocentowymi indywidualistami. I całe szczęście, bo ci nie mają lekkiego życia. Zawsze skupieni na sobie i sobie tylko znanych celach, są trudni we współżyciu, ponieważ brakuje im umiejętności społecznych. Niezdolni do wspólnego działania, nie rozumieją idei poświęcenia dla innych, nie czują odpowiedzialności za kogokolwiek oprócz samych siebie. Oni sami są swoim własnym celem – inni ludzie, przyjaciele, partnerzy, dzieci są tylko tłem, które przewija się za ich plecami, w pogoni za tym wszystkim, co jest gdzie indziej i za tymi, których nie mogą mieć. Nie uznają  autorytetów poza sobą, gardzą tymi o masowych upodobaniach. Unikają poważnych relacji, bo relacje to niewola, próba odebrania im cennej wolności. A 1 nigdy nie może być 2. Może być tylko 1.

I choć ta cecha charakteru należy do dziedziny pop-psychologii, to nie mam wątpliwości, że każdy z nas kojarzy takie osoby i wcale nie chciałby być na ich miejscu. Bo samotność samotnością, ale dużo fajniej robić rzeczy razem. Choćby i na fejsbuku.

—————

*W naszych czasach Kraus z pewnością byłby blogerem wyklinanym za hejterstwo i nieustanny ból dupy. Ale on żył analogowo i po  prostu wydawał własne pismo, gdzie zamieszczał soczyste eseje i pamflety na każdy temat. I z grubsza przewidział wszystko to, co aktualnie nam przeszkadza. (W celu bliższego poznania tego pana polecam grudniowy magazyn “Książki” oraz zbiór esejów i tłumaczeń, który wydał jego wielki fan, wspomniany Franzen).

 

Podziel się ze znajomymi!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *