Głupi spektakl dla intelektualistów


Na 3-lecie spektaklu Ragazzo dell’Europa w TR Warszawa.

 

 

Rene Pollesch w 2007 r. wraz z aktorami TR Warszawa przygotował jedno z najgłośniejszych przedstawień mijającej dekady w Polsce – Ragazzo dell’Europa. W maju, z okazji trzeciej rocznicy premiery, wybrałam się do TR Warszawa, by obejrzeć spektakl. Choć nie wiem, czy „spektakl” to właściwe określenie.

W chwili premiery Ragazzo podzieliło krytyków i publiczność na dwa niemożliwe do pogodzenia obozy: jedni odrzucili spektakl jako bezwartościowy i chaotyczny misz-masz, zaś drudzy zachwycili się jego nowatorstwem, rozwiązaniami scenicznymi i wizualnymi.

Temida Stankiewicz-Podhorecka („Nasz Dziennik”) ostro skrytykowała spektakl, uważając że wpisuje się w niezdrową fascynację młodych polskich reżyserów niemieckim teatrem. Pani Temida zawyrokowała, że w Polsce nie ma szans na zrozumienie takich importowanych produktów, ponieważ problemy poruszane w spektaklu to „dziwaczne, obce nam i naszym problemom transplanty” (Można dostać czkawki, „Nasz Dziennik” nr 178, 01.0.2007). Według pani krytyk zagrożona jest polskość, a polskość to przede wszystkim tradycja. Padł brutalny wyrok, że proponowana przez twórców wizja to „zwyczajny bełkot, który media awansem nobilitują. Co to ma wspólnego z teatrem? - pyta pani Temida i odpowiada – Aby realizować taki teatr, nie trzeba studiów, wystarczy z ulicy przyjść i nawrzucać na scenę ileś bezsensownych pomysłów”.

Tomasz Miłkowski („Trybuna”) doszedł do wniosku, że reżyser stosuje takie a nie inne rozwiązania sceniczne, ponieważ „kwestionuje przydatność starego, muzealnego teatru do stawiania pytań naprawdę istotnych i dotykających osobiście każdego człowieka, a więc i aktora. Stąd specyficzna droga dochodzenia do spektaklu – drogą wspólnych poszukiwań z aktorami, którzy wpływają w decydującej mierze na kształt przedstawienia” (Całe to gówno!, „Trybuna” nr 150, 29.06.2007). Miłkowski, w przeciwieństwie do koleżanki po fachu, jest fanem tzw. „nowego teatru”. Łatwo takich fanów namierzyć: ich recenzje przypominają literaturę akademicką i zamiast zachęcać, raczej utwierdzają czytelnika w przeświadczeniu, że bez wykształcenia filozoficzno-kulturoznawczego, lub chociaż bez znajomego teatrologa, lepiej się na taki spektakl nie wybierać.

Więc jak to jest: za głupi, czy za mądry to spektakl? Trudny czy banalny? Czy istnieje szansa, że Ragazzo zrozumieją widzowie konserwatywni, nieprzygotowani, nieznający się na teoriach awangardy teatralnej, teatru politycznego i ponowoczesnych filozofach? Sprawa wcale nie jest prosta.

Wygodnie siadam na fotelu na widowni, sala jest pełna. Od razu pierwsze zaskoczenie: okazuje się, że nie ma sceny. Zamiast niej jest ściana. Mur. Nawet nie kotara. Nie ma szans, żeby się podniosła po ostatnim dzwonku. Czuję rozczarowanie. Jak to, nie będzie sceny? Nic nie zobaczymy? Co to za dziwny eksperyment? W lewej części ściany napis LIVE. Na prawej napis SALE. Projektor rzuca obraz ścianę. Zaczyna się film. Jakaś kobieta mówi do kamery. Trochę bez sensu. Czuję się coraz gorzej. Wielki znak zapytania zdaje się wisieć nad całą widownią.

Odpowiedź nie chce nastąpić. Publiczność jest zdana tylko na obraz z kamery. Operator powoli odsłania przed naszymi oczami dziwne, prowizoryczne wnętrze. Ściana oklejona fototapetą warszawskich ulic. Folklorystyczny miks kebab barów, sex shopów i billboardów. Dalej stół, materac, toaletka, kartki scenariusza latające w powietrzu. Aktorzy siedzą przy stole, palą papierosy, zakładają peruki. Nie wiadomo gdzie to jest, kiedy. Kulisy? Przed spektaklem? Czy to na pewno nagranie na żywo? Aktorzy rozpoczynają niezobowiązującą intelektualną dywagację na temat Piotra Adamczyka i jego trudności związanych z byciem zarazem Chopinem i papieżem. Aleksandra Konieczna do znudzenia powtarza z Tomaszem Tyndykiem scenę z Opening Night. Kamera pokazuje jej odbicie w lustrze, jest załamana. Rozpacza, że utraciła swój czar. Nie może grać i już nie wyjdzie na scenę. Próbuje, ale nie może, boi się, wstydzi, już już prawie wchodzi… i ucieka jak poparzona. Ale i tak czuję ulgę: przez chwilę pojawiła się przed naszymi oczami. Czyli że to się dzieje naprawdę! Oni tam są! Tylko nie chcą wyjść. Nawet brutalnie wypychani, natychmiast uciekają. „Nie wchodź na scenę. To jest pułapka. This is trap. Das ist eine falle”.

Wygląda to dość komicznie: aktorzy, którzy panicznie boją się wyjść na scenę. I widownia, która z utęsknieniem oczekuje, aż ktoś łaskawie wychyli się zza kartonowej barykady. Z czasem pojawiają się coraz częściej, ale wciąż da się odczuć dyskomfort, jakim jest brak realnego kontaktu z aktorami. I nawet kiedy ściany zostają zburzone, pozostaje to dziwne wrażenie oddzielenia. Brakuje poczucia wspólnoty, jakie zazwyczaj panuje między publicznością a bohaterami spektaklu. Na widowni konsternacja. Aktorzy sprawiają wrażenie, jakby ścianę mieli w sobie. Miotają się, uwięzieni w swych rolach, próbują się wyrwać, uwolnić, znaleźć coś prawdziwego, odkryć kim są naprawdę. Ale przecież spektakl trwa, więc tylko z jednej roli przeskakują w kolejną, zmieniają przebrania, parodiują, cytują, wymieniają się rekwizytami, żonglują płcią, emocjami, tempem. Coś w nich siedzi, jakiś grzyb. Czy to role zjadają ich od środka, czy może w ogóle zawód aktora jest pasożytniczym Obcym, któremu użyczyli swoje ciała? Czy mają w ogóle jakąkolwiek szansę na bycie sobą? Czyli kim? Szukają odpowiedzi w buncie, sprzeciwie, odmowie. Aż przypomina się Melvillowskie „wolałbym nie” i Bartleby wpatrzony w okno, za którym jest tylko ściana.

Scenę, a raczej anty-scenę, wypełnia kakofonia słów, gestów i postaci. Krzyk, płacz, szept, agresja, spowiedź. Agamben, Baudrillard, Gena Rowlands, Godard, Hans Kloss, naziści, kapitalizm, tożsamość, utowarowienie. Sceny zza kulis rodem z reality show nagle przekształcają się w zwariowaną parodię, by zaraz okazać się wykładem filozoficznym. Widz wychodzi oszołomiony dawką cytatów z popkultury, filozofii i polityki, doprawionych refleksjami reżysera i aktorów. Co właściwie tam się stało?

Jak łatwo się domyślić, Rene Pollesch igra z tradycyjnym pojmowaniem teatru. Wpisując się w trend postdramatyczny, stawia na głowie wszystkie elementy sztuki scenicznej. Nie ma sceny, nie ma bohaterów, nie ma fabuły. Początkowo nie ma nawet aktorów i publiczności, ponieważ znajdują się w dwóch odseparowanych przestrzeniach. Nie ma więc nawet spektaklu. Dekonstruując dramatyczność Pollesch szuka własnego języka teatralnego. A publiczność wraz z nim. Nie jest to zadanie łatwe. Sam reżyser przyznaje, że robi spektakle dla wyrobionej widowni - przygotowanej na niszczenie przyzwyczajeń i chętnej do starć z kulturowymi rebusami.

Ragazzo to spektakl wielokrotnego użytku. Nie sposób nadążyć za wszystkimi odwołaniami i kontekstami, jakimi jest naładowany. Przyjemnym zajęciem jest wyłuskiwanie odniesień, kojarzenie gestów, melodii i scen, dopasowując je do innych dzieł. Ale po co? Czy to tylko środowiskowe poklepywanie się po plecach? Pewnie trochę tak. Ale przy okazji można też pozbyć się kilku iluzji, zmienić spojrzenie na parę kwestii i wyjść z teatru ze sporą ilością materiału do refleksji.

Trudności przysparza nie tylko mówienie o fabule, ale także doszukanie się jakiegokolwiek sensu w spektaklu Pollescha. Ragazzo jest okropnym kolażem, supermarketem cytatów, oglądanie go przypomina surfowanie po kanałach tv, albo teatralną chatroulette - nie za bardzo widać w tym jakikolwiek sens, kompletnie nie wiesz na co trafisz za sekundę, może się zdarzyć dosłownie wszystko – i to właśnie jest tak wciągające.

Wydaje się, że Pollesch z premedytacją buduje ten cały bałagan. Nie daje widzowi szans na zrozumienie, nie ma możliwości odnalezienia sensu ani dokonania syntezy. Tylko zagubienie, skołowanie, oszołomienie, jak na postmodernistycznym ecstasy. Nie wiem, czy polscy widzowie polubią pigułkę Pollescha. Obstawiam, że młodzi się w tym odnajdą. Pozbawieni szablonów tradycyjnych sztuk scenicznych, wychowani na teledyskach, grach i internecie, mają podstawy, by zrozumieć taki anty-teatr. Tak samo jak oni chaotyczny, nieuporządkowany, wielokierunkowy, pozornie bezmyślny.

Pollesch mówi o sobie przekornie: „Jestem kapitalistą uprawiającym kapitalistyczny, mieszczański teatr dla kapitalistycznych mieszczan z klasy średniej. Dla tych, którzy mogą sobie pozwolić na bilet i czytali teksty przywoływane w moich sztukach”. Może i nie ma jeszcze w Polsce oszałamiającej ilości widzów pasujących do jego targetu, no ale ktoś jednak zapełnia widownię na spektaklach. Czego potrzebują? Czy powtórzą za aktorami spektaklu: „Cholera jasna, potrzebuję sztuki, nawet jeśli jest bez sensu. I nawet jeśli nikt już nie jest w stanie rozpoznać misji dziejowej istnienia, widząc w niej tylko zwykłe zarządzanie życiem. No i potrzebuję teatru, nawet jeśli jest tylko po to, żeby się potem rozejść i pojechać do domu”?


Zdecydowanie staję po stronie fanów teatru postdramatycznego. Projekt Pollescha to przewrotny komentarz do rzeczywistości, która coraz bardziej traci jakąkolwiek realność. Która gubi się w wielości i przesycie. Rozcieńcza się w kopiach, cytatach i symulakrach. Choć w Ragazzo Pollesch pokazuje, że nie można znaleźć prawdy w teatrze, to mimo wszystko mu wierzymy. Bo wydaje się, że prawdy już dawno nie ma. Albo może jest ich zbyt wiele, by miały jakiekolwiek znaczenie.

Ragazzo dell’Europa, TR Warszawa, premiera: 26.05.2007, reżyseria: René Pollesch, scenografia: Bert Neumann, kostiumy: Nina von Mechow, obsada: Aleksandra Konieczna, Agnieszka Podsiadlik, Piotr Głowacki, Tomasz Tyndyk.


Artykuł ukazał się na witrynie Krytyki Politycznej.


Piotr Głowacki

Podziel się ze znajomymi!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *