Kindle – rzecz o jednorazowości

trash
Miesiąc temu zepsuł mi się Kindle. Znajoma poradziła mi, abym skontaktowała się z Amazonem, bo ponoć porafią zaskoczyć. Kindle nadal nie dawał znaku życia, więc podjęłam próbę kontaktu z producentem. I rzeczywiście: Amazon potrafi zaskoczyć.

Pierwsze zaskoczenie: Amazon nie posiada infolinii ani maila, na który można zgłosić problem. W zamian obsługa techniczna oddzwania do klientów. To miło. Szkoda, że Polska nie jest na liście krajów objętych tą usługą. Pozostaje mi więc czat. Tu już nie mogę narzekać – czat helpdeskowy działa 24h, obsługa odpowiada po kilku sekundach od wysłania wiadomości, scenariusze rozmów są profesjonalne i uprzejme, a personel dobrze wyszkolony i cierpliwy.

Na wstępie dowiaduję się, że gwarancja Kindle działa tylko przez rok (to wiedziałam), a potem już nic się nie da zrobić (tego nie wiedziałam). Amazon nie prowadzi serwisów naprawczych Kindle. Nie, to nie pomyłka. Kindli się nie naprawia. Kindle się wyrzuca. Nawet jeśli czytnik przestał działać podczas normalnego użytkowania, nic to nie zmienia. Nieważne czyja to wina. Jeśli reset nie pomaga, to koniec. Amazon nie odsyła też nowych egezmplarzy Kindle, jeśli zepsuje się stary nie z winy użytkownika. Możliwe, że kiedyś to robili, prawdopodobnie dla nakręcenia sprzedaży, ale już przestali. Chyba domyślam się czemu.

Co więc oferuje Kindle w zamian, skoro serwis naprawczy (w przeciwieństwie do outsorcingu pomocy technicznej) producent uznał za nieopłacalną strategię biznesową? Nietrudno się domyślić: zniżkę na nowy sprzęt. No i tu pojawia się problem, bo ja nie chcę nowego sprzętu. Nie rozumiem, po co miałabym kupować coś, co właśnie mi się zepsuło. Żeby za rok sytuacja się powtórzyła? Przecież to nie jest jednorazówka, tylko sprzęt który powinien służyć latami. Sam fakt, że producent proponuje takie rozwiązanie wskazuje, że jest to z góry zaplanowana strategia skierowana do konsumenta, który już jest nauczony, że nawet kosztowna technologia szybko się psuje i trzeba to po prostu zaakceptować  –  a na otarcie łez pocieszyć się kupnem nowego modelu.

Producenci dawno już odkryli, że serwisowanie sprzętu nie jest opłacalne (oprócz dóbr luskusowych, np. samochodów). Naprawda nie zwiększa zysków. Nie nakręca sprzedaży. Bardziej opłaca się produkować szybko psujące się badziewie i nie dawać możliwości naprawy, niż porządne urządzenia, które przez lata bądą “zalegały” i “dusiły” potencjalny obrót nowszymi, „lepszymi” modelami. Dochodzi więc do absurdalnych sytuacji, gdzie 5-letnia lodówka jest do wyrzucenia, bo zakup nowszej jest bardziej opłacalny niż naprawa, a 20-letnia lodówka mojej babci nadal ma się dobrze.

Rozumiem, że kapitał nie zna granic i musi mnożyć się w nieskończoność. Taka jego natura. Ale ja nie służę do pomnażania kapitału. Uważam, że są to praktyki nieuczciwe i szkodliwe. Nie chcę być zmuszona wymieniać co roku telefon, a co dwa komputer, bo są tak konstruwoane, by kończyły żywotność tuż po krótkiej gwarancji. W efekcie tej tendancji mam w domu trzy niesprawne telefony, dwa niedziałające laptopy, jeden w serwisie (nie firmowym, bo już po gwarancji) oraz jeden stacjonarny, też zepsuty. Pracuję na laptopie służbowym, odziedziczonym, ale porządnym. Ale na taki mnie nie stać.

Nie wiem czy uda mi się naprawić Kindla, czy będę zmuszona rozejrzeć się za innym.  Będę natomiast uważnie sprawdzać, czy ktoś nie próbuje mi wpakować kolejnego sprzętu jednorazowego użytku.

Podziel się ze znajomymi!