„Moneyball” czyli czemu absolwent Yale jest bardziej boski od Brada Pitta

Spojler alert! Jeśli nie chcesz wiedzieć, że w tym filmie wizja Billa odniesie sukces, mimo że odniesie porażkę, a sam Bill przegra, mimo że mógł wygrać, to nie czytaj dalej.

Byłam wczoraj w kinie w moją mamą. Okazja niebylejaka, bo dostałam w robo darmowe wejściowki do Multikina. Więc wykorzystałam szansę, by mojej rodzicielce pokazać nasz lokalny cud multipleksowy zlokalizowany w Złotych Tarasach.

Jako że moja mama lubi chodzić do kina na aktorów (co ciekawe, tytuły pamięta rzadko, aktorów – zawsze), poszłyśmy na Brada Pitta. Czyli na „Moneyball”.

I tu mała dygresja, bo wjeżdżając na multipoziomy multimultikina odkrylam, że znajdują się tam dwa urocze, doskonale urządzone kluby – Velvet, cały w welurowych purpurach i 35MM,
z designerskimi meblami z białej laki. No więc w tych klubach nie ma nikogo, ale to absolutnie nikogo. Dlaczego? Ogądając reklamy i gryząc popcorn do głowy przyszło mi kilka powodów, dlaczego nie polubiła ich klubowa warszawa:

  1. Złote Terasy (upić się w galerii handlowej – weird)

  2. Multikino (j.w.)

  3. Dostęp (3 piętra złotych + 3 piętra multikina – to już bliżej jest do… [wpisz cokolwiek])

  4. Klimat = 0

    No bo wyobrażacie sobie jechać z ekipą na imprezę, szpileczki, koszule, lans i blask, rozpracowujecie właśnie jakaś małpę, a tu nagle okazuje się, że:

    – jedziecie schodami ruchomymi

    – obijacie się o torbiska zakupów świątecznych bo przecież jsteście w galerii handlowej

    – otacza was tłum ludzi z popcornem i nie chca się podzielić

    – robią wam zdjęcia gimbusy ze szkolnej wycieczki

    – rodzice mocniej rzymają swoje dzieci i rozglądają się za ochroną

Podczas gdy jedna z takich przeszkód jest jeszcze do przełknięcia – vide Hardrock Cafe, która również jest w Złotych a nikt się nie wstydzi tam przesiadywać. Albo Starlight, który to lokal można znaleźć w budynku ursynowskiego Multikina – a jest lokalem popularnym – i to nie tylko dlatego, że jest praktycznie jedynym klubem na Ursynowie.

 IDZIE NOWE… BOŻYSZCZE?

Ale wróćmy do filmu. Na pierwszy rzut oka można się zastanawiać czy jest sens oglądać film o sporcie, którego zasad nie rozumiemy, stworzony dla amerykańskiego odbiorcy (czytaj: tumana lubiącego cycki i wybuchy a najlepiej oba naraz)? Pewnie sensu to nie ma. Ale na szczęście „Moneyball” to nie film dla przeciętnego stadionowego pożeracza hot-dogów. ‚Stereotypowy Amerykanin’ nie wytrzymałby na seansie nawet 15 minut – przede wszystkim film jest za cichy, żeby wcinać popcorn, no i nie ma ani wybuchów ani cycków. Co prawda przez 2 godz.13 min. można patrzeć na Brada Pitta, ale jego postać jest daleka od seksownego Joe Blacka czy Mr Smith’a.

Główny argument przemawiający za fajnością tej produkcji jest taki, że to w ogóle nie jest film o bejsballu. Po wyjściu z kina mój umysł nadal jest nieskalany wiedzą o tym sporcie.

No więc o czym jest ten film? – O ekonomii. – Jeszcze gorzej?! No właśnie… nie.

Mimo że Moneyball jest filmem o ekonomii, to i tak jest wciągający. Powiem więcej – gdyby takie filmy puszczali w klasie kiedy chodzilam do liceum, niechybnie poszłabym na SGH. Bo w praktyce pokazuje niebywałą potęgę ten nauki.

Micheal Lewis – autor „książki na podstawie której” z gracją dekonstruuje amerykański mit baseballisty jako nieprzeciętnego talentu, gwiazdora, nadczłowieka posiadającego boskie moce, charyzmatycznego bożyszcza przyciągającego miliony kibiców i dolarów. Ten mit, skompromitowany i upadły, reprezenuje grający Billy’ego Beana niezawodny Brad Pitt. Jest przebojowym general directorem baseballowej drużyny z dolnych rejonów ligi, ale w sercu ma wciąż niezabliźnioną ranę z młodości, kiedy zawiódł pokładane w nim nadzieje na gwiazdę baseballa. Bean wpada na pomysł jak zwyciężyć mimo skromnego funduszu na zakup graczy i ma dość odwagi, by wcielić go w życie i przekonać do niego graczy.

‚Nowe’ przybywa do niego pod pulchną postacią 25-letniego Petera Branda (grany przez Jonaha Hilla), świeżo upieczonego absolwenta Yale. Ekonomii oczywiście. Stanie się on iskierką, od której pójdzie z dymem cały stary świat baseballu.

I tu własnie zaczyna się przewrotne piękno „Moneyball”. Klubem Oakland ‚s zaczyna rządzić studencik, który baseball zna z analiz statystycznych zawodników, a piłkę do gry używa jako stress balla. Magiczny świat baseballa, gdzie liczą się emocje i gwiazdorzy, gdzie zwycięstwo to wypadkowa milionów wpakowanych w graczy i milionów wpakowanych w reklamę, odchodzi do lamusa. Do kąta idą selekcjonerzy w 20-letnim stażem, bo statystyki okazują się bliższe prawdy niż ich intuicja i lata doświadczeń.

Ekonomia pozwala stworzyć formułę idealną na to, w jaki sposób najmniejszym kosztem mozna osiągnąć zwycięstwo. Teorytycznie oczywiście. I kiedy system okazuje się działać, a Athletics koszą konkurencję, zaczynamy szczerze im kibicować i z zazdrością patrzeć na okularki genialnego grubaska, w których odbijają się rzędy liczb i równań i to nagle on staje się bóstwem i to nim chcemy być. No może w ciele Brada.

I choć odpadają z eliminacji, to Bean dostaje życiową szansę prowadzenia drużyny z czubka tabeli. I wtedy następuje coś, czego nikt się nie spodziewa. Brad Pitt odrzuca propozycję.

Jeszcze parę godzin po filmie nie mogłam zrozumieć, dlaczego tak postąpił. Strach? Depresja? Zwyciężyła jego romantyczna strona? A może impuls po przesłuchaniu nagranej piosenki swojej córki? A może to genialne słowa własciciela Red Socks „The first guy through the wall always gets bloody”? Albo filmik pokazany przez Branda?

Nie mogłam znaleźć odpowiedzi, więc zarzuciłam pomysł na wpis. I wtedy w ręce wpadl mi artykuł Koczota z dzisiejszej GDP, który chyba też napisany świeżo po obejrzeniu „Moneyball”. Jego komentarz okazał się moim brakującym ogniwem. Cytując Beana, „how can you not be romantic about baseball?”

Pasjonująca historia Billy’ego Beane’a i jego chłopców z Oakland A’s to opowieść o zderzeniu twardej ekonomii z ludzkimi emocjami. W rzeczywistości, w której obowiązują pewne stałe zasady gry – a tak jest w bejsbolu, tak samo jak w większości gier zespołowych – za pomocą formuł statystycznych można opisać zachowania ludzkie, a także zaplanować posunięcia, które mogą ułatwić osiągnięcie celu.

Dobrze wyedukowany ekonomista jest w stanie przeanalizować setki danych, by stworzyć prognozy bliskie rzeczywistości. Na tej zasadzie jeszcze kilka lat temu eksperci konstruowali wiarygodne modele dla branż, spółek, nawet całych gospodarek. Jeżeli trzymali się zasad i nie popełniali błędów, mieli duże szanse, by ich prognozy trafiły prawie w dziesiątkę. Potrzebny do tego był jednak jeden stały element: rzeczywistość, którą opisywali, musiała rządzić się jasnymi regułami, tak jak na boisku piłkarskim. Musiała być przewidywalna, pozbawiona emocji i uprzedzeń. Jednym słowem – to uniwersum powinno mieć stabilne reguły tak jak Układ Słoneczny.

Billy Beane doskonale to zrozumiał, dlatego zaufał Brandowi. Rozstawił po kątach starych wyjadaczy bejsbolu, przełamał psychiczne blokady zawodników, postawił nie na wszechstronnych graczy, ale na speców od łapania, rzucania i odbijania piłki, tak jak chciał Brand. Dlaczego przegrał? Bo okazało się, że ważne są nie tylko żelazne reguły ekonomii, ale i ludzkie emocje”.

source: http://biznes.gazetaprawna.pl/komentarze/577140,nie_ma_mocnych_na_kryzys_gdy_rzadza_emocje_nawet_brad_pitt_nie_dal_rady.html

film: „Moneyball” Bennet Miller 2011

Podziel się ze znajomymi!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *