Mr Ye, you did it again

Nowy album ye nie rzuca na kolana od razu. Kryje w sobie piękno subtelniejsze, odmiennej natury niż jego bombastyczni poprzednicy. Jego bogactwem jest skromność, a pozą – prawdziwość. Muzycznie króluje łagodny, minimalistystyczny rap, sample z lat 70., organy i gitary. Z ciekawostek w openerze Kanye użył sampla z Mono no aware, a w cloeserze – sampla który nagrał dla niego Kevin Parker. Ogolna aura albumu to uduchowiony smutek, czyli wypadkowa połączenia dwóch biegunów, które Ye określa na okładce zrobionego przez siebie dzień przed premierą zdjęcia „I hate being bipolar it’s awesome”. Ta naga, rozedrgana, frankoceanowa kruchość najbardziej wybrzmiewa z closerze, który atmosferą przypomina spowiedź w kaplicy, przy uduchowionych dźwiękach organów.
 
Kanye, ktory dwa lata temu zdekonstruował ideę albumu jako wiecznie uzupełnianej playlisty, znów wprowadza nowe zasady. Tym razem to minimalistyczny, maksymalnie treściwy album, który jest swoistym ukoronowaniem jego twórczości.
 
Każdy utwór jest jak podsumowanie długiej przebytej drogi – Ye znowu brzmi świeżo, a jednocześnie nawiązuje do własnych utworów z przeszłości, rozwija je muzycznie, a tekstowo – dopowiada nowe rozdziały do swojej opowieści:
 
„Yikes” jest niczym drugi rozdział „Wolves” – Kanye przestrzega przed złymi ludźmi i szatanem, który chciał go opętać. W „All Mine” zamknięte serce z „Love Locked Down” otwiera się na oścież, „No Mistakes” jest jak „Bound To” parę lat później, gdy związek już się ustabilizował i przetrwał trudne chwile. Ghost Town rozwija wątek miłosnych frustracji z Runaway, tyle że w wersji związkowej (pięknie pęknięty refren Kid Cudi oraz zwrotki Kanye, który śpiewa tak dobrze, że już nie potrzebuje vocodera). Świetnym zabiegiem jest też użycie znajomych artystów na featach w postaci chóru – komentatora poczynań Kanyego. Nadaje to całości jakiegoś antycznego, filozoficznego wymiaru.
 
Ye zawsze szokował szczerością, jednak tym razem udało mu się być również autentycznie wzruszającym. Pełne napięcia niespełnienie zostało zastąpione pogodzeniem się z losem, akceptacją swojej choroby i próbą pozytywnego jej użycia (I am superman!). W sumie nie dziwi, że największym artystą naszych czasów jest człowiek z chorobą dwubiegunową – wszak nikt tak jak on nie rozumie jak to jest być rozdartym między ciałem i duchem, miłością i śmiercią, euforią i depresją, fantazją i rzeczywistością. Mamy szczęście, że umie tak świetnie o tym opowiadać.

 


Podziel się ze znajomymi!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *