Na gorąco: The Fruitcakes „2”

Mało rzeczy tak mocno mnie nie cieszy jak odkrywanie tropów beatlesowskich w muzyce. Zważywszy, że zespół z Liverpoolu w swojej historii stworzył zaczyny większości stylów dziś popularnych w muzyce pop, nie jest to zadanie trudne. Ale dziś dostąpilam prawdziwej uczty w tej dziedzinie, a stało się to za sprawą The Fruitcakes.

Debiutancki abum wydany w czerwcu tego roku brzmi jakby lato miłości nigdy się nie skończyło, jest dźwiękową pocztówką z sixtiesów, a każdy track to niczym hołd dla innej odsłony Fab Four (a momentami The Zombies i The Doors): lekkie piosenki zakochanych młodych Bitli przeplatają sie z psychodelicznymi poszukiwaniami z dojrzelszego etapu, folkowymi balladami i cięższymi, rockowymi brzmieniami.

Album niesamowicie różnorodny i fantastycznie wyprodukowany (ale na serio fantastycznie wyprodukowany) to nie tylko unikalne doznanie dla ucha, ale też podróż po wspomnieniach najpiękniejszych motywów w twórczości Wielkiej Czwórki.

The Fruitcakes idą w swej miłosnej obsesji nawet dalej niż znane z podobnych inspiracji Tame Impala czy Vinyl Williams: praktycznie wyzbywają się kontekstów współczesych i celują w jak najwierniejsze odwzorowanie brzmienia i klimatu muzyki idoli z przeszłości. Takby, jakby tamte czasy nadal istniały, równolegle do naszych, w swojej wiecznej, 60-sowej teraźniejszości. Czyż na to nie zasługują? Chyba właśnie to doświadczenie najbardziej kojarzy mi się z Reynoldsowskim pojęciem Retromanii. To dzieje się teraz, ale kiedy indziej

No i najważniejsze: ogromną dumą napawa fakt, że jest to nasz własny, POLSKI zespół! Panie i Panowie, oto The Fruitcakes.

 

Podziel się ze znajomymi!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *