Nasze małe Twin Peaks – Recenzja „Pokłosia”

 

Pokłosie (2012)

Pokłosie (2012) W. Pasikowski

 

Gdy wychodzisz z filmu i nie możesz wykrztusić z siebie słowa, gdy jeszcze dzień później wracają do Ciebie świeżo przeżyte emocje, gdy chcesz wiedzieć więcej o obejrzanym filmie i o tym, o czym opowiadał – to wiedz, że coś się dzieje. Jeśli na dodatek jest to film polskiej produkcji, to sprawa jest naprawdę poważna: prawdopodobnie masz do czynienia z kawałem dobrego kina.

Coś takiego przydarzyło mi się tylko raz – na projekcji Pokłosia Pasikowskiego. Pewnie, że świetnych filmów było więcej w historii polskiego kina, ale ja się z nimi nie spotkałam. Podobne wrażenie może jeszcze wywarł na mnie Dług Krauzego, ale byłam trochę za młoda, żeby ogarnąć o co chodzi (14 lat) oraz kino Smarzowskiego. Ale nawet Róża, mimo całego ukazanego okrucieństwa, nie poruszyła mnie tak jak nowy film Pasikowskiego.

Dlaczego? Dlaczego akurat Pokłosie okazało się najlepszym, co w polskim kinie widziałam?

Mogłabym pisać o warstwie formalnej filmu, dzięki której określenie „przeżywać film” nabiera zupełnie nowego znaczenia. Mogłabym wspomnieć o głównych bohaterach, którzy są tak dziwnie nam bliscy, bo przecież każdy ma kogoś, kto jak Franek Kalina (super Ireneusz Czop) za chlebem pojechał do Ameryki. I każdy chciałby znać kogoś, kto jak brat Fanka, Józek (niesamowity Maciek Stuhr) nie boi się robić tego, co uważa za słuszne – niezależnie od konsekwencji. Mogłabym napisać o wstrząsających wydarzeniach, do których odwołuje się fabuła Pokłosia oraz o tym, jak ten film przepracowuje narodową tajemnicę-traumę, wprowadzoną już do dyskursu przez Sąsiadów Grossa. Albo wspomnieć, że w jednej z najbardziej wstrząsających scen filmu, sędziwy sąsiad Kalinów wyznaje potworne zbrodnie jakich był świadkiem – tyle że gra go autentyczny świadek Holocaustu i mówi o rzeczywistych zbrodniach widzianych na własne oczy. A widoku jego oczu już nigdy nie zapomnisz.

Ale to wszystko przede mną już świetnie opisali Sobolewski, Majmurek i Olejnik. Dlatego ja napiszę o czymś innym.

Jak byłam mała uwielbiałam serial Miasteczko Twin Peaks. Jak już dorosłam obejrzałam go raz jeszcze i upewniłam się, że jest to najlepsza rzecz, jaką widziałam na ekranie. Serial Lyncha sprzed 20 lat zajął pierwsze miejsce na mojej liście  za:

  • Złowieszczą aurę niewypowiedzianego, wiszącą nad sennym z pozoru miasteczkiem
  • Zbrodnię skrzętnie ukrytą za zasłoną zmowy milczenia
  • Dzielnego detektywa Coopera, z którym stopniowo odkrywamy prawdę o mieszkańcach, układach i grzechach
  • Niejasne przeczucie, że ta ścieżka prowadzi nas do czystego zła, a na jej końcu znajdziemy nic innego niż tylko nas samych.

Podobne wątki znalazłam w Pokłosiu. Tylko że nie ma tu wodospadu, którego miarowy huk jak fatum wisi nad miasteczkiem Twin Peaks, zwiastując nieuchronnie zbliżającą się katastrofę, jest natomiast leśna głusza, która pod warstwami błota, mchu i bagna kryje niejedną tajemnicę, dokładnie jak na obrazie Sasnala.

"Las" W. Sasnal

Wilhelm Sasnal „Las”

Wpatrujesz się w nią intensywnie, już prawie coś widzisz w mroku splatanych gałęzi – i wtedy właśnie sobie uświadamiasz, że Ona też się na Ciebie patrzy. TAjemnica.

Jeszcze odnośnie wojny, bo to o nią w filmie chodzi – mi dopiero takie historie jak ta, dziejące się na naszym ogródku, unaoczniają prawdziwą grozę wojny. Nie jacyś abstrakcyjni „naziści” z czaszkami na czarnych mundurach, ale my sami, oszaleli z nienawiści wobec obcych, gotowi zlinczować za niewygodne pytanie, zabić za odmienne poglądy, pokazujemy, że wodospad nigdy nie przestanie huczeć.

 

Twin Peaks

„Twin Peaks” (1990-1991) D. Lynch

POKŁOSIE | Polska, Holandia, Rosja, Słowacja 2012 | reżyseria: Władysław Pasikowski | dystrybucja: Monolith | czas: 109 min

 

Podziel się ze znajomymi!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *