To nie jest reklama Prudentiala

 

Mój poprzedni wpis krytykujący kryptoreklamę w produkcji „Warszawa 1935” zainicjował bardzo ciekawą i wielowątkową dyskusję w internecie, co mnie bardzo cieszy. Bardzo dziękuję za pozytywny odzew (prawie 400 kciuków w górę) oraz wszystkie komentarze – również te nawołujące mnie do zamknięcia bloga (często o tym myślę, ale to silniejsze ode mnie), te sugerujące, żebym sama zajęła się produkcją animacji (rozważę, choć jak widzę, nie jest to tani biznes) oraz te poddające w wątpliwość moją ‚warszawskość’ (to będzie nasza słodka tajemnica).

Ważny głos w dyskusji zabrał Jarosław Lipszyc (prezes Fundacji Nowoczesna Polska zajmującej się m.in. edukacją internetową), który na swoim profilu na facebooku poparł krytykę działań kryptoreklamowych oraz poruszył inną istotną kwestię tej produkcji – finansowanie reklamy firmy ubezpieczeniowej za publiczne pieniądze (w tym przypadku PISF).

Na portalu Natemat pojawił się tekst konfrontujący moje zarzuty z wypowiedziami autorów filmu i szefa marketingu Prudential. Wyjaśnili, że ubezpieczyciel ze swym wsparciem pojawił się dopiero pod koniec 2012 roku, więc „niezależnie od tego, ile pieniędzy firma ubezpieczeniowa przeznaczyła na „Warszawę 1935″, to praktycznie nie miała możliwości wpłynięcia na samą treść filmu”. Przyznaję, jest możliwe, że przypadkowo zbiegły się w czasie premiera filmu, w którym często pojawia się budynek Prudential i kampania reklamująca TU Prudential (choć moim zdaniem to mało prawdopodobne).

W całej tej dyskusji zatarł się trochę właściwy sens mojego tekstu, mianowicie nie – krytyka filmu, nie – krytyka sponsorowania, ale  krytyka kryptoreklamy, na którą z definicji się nie zgadzam.  A skoro już wiemy co reklamą nie jest, to teraz pozwolę sobie na reklamę:

Bo oprócz tego, że jestem blogerką, to pracuję też w agencji reklamowej. Zazwyczaj nie mieszam tych obszarów, ale znajomi zrobili pewien projekt i zapytali mnie, czy nie mogłabym wspomnieć o nim na blogu – nieważne czy dobrze, czy źle – zależy im na zasięgu, bo to akcja charytatywna, więc każdy głos się liczy. Więc postanowiłam im pomóc, ale nie kryjąc się z moimi intencjami, ponieważ przecież jest to blog niezależny.

Zastanawialiście się kiedyś jakie jest najtrudniejsze zadanie na świecie? Od razu nasuwają mi się dwa zadania: znalezienie igły w stogu siana i stworzenie przez Boga głazu tak ciężkiego, że sam nie będzie w stanie go podnieść. Pytanie drugie jest problematyczne, ponieważ zakłada istnienie jakiegoś wszechmocnego Boga, co jak wiadomo trudno udowodnić. Dlatego też zostanę przy igle w stogu siana.

W tym temacie chyba najwięcej do powiedzenia mają bliscy osób zaginionych. Nieraz latami niezmordowanie rozklejają plakaty, wydzwaniają na policję i do szpitali, przeszukują schroniska dla bezdomnych, czasem niestety również zahaczają o kostnice. Moje doświadczenie w tej dziedzinie ogranicza się do szerowania informacji o zaginionych na facebooku i bardzo bym chciała, żeby nigdy żaden z moich bliskich ani ja sama nie musiała tego przeżyć. A co jeśli…?

No to wtedy proszę o pomoc Fundację Itakę – każdy pewnie o niej słyszał, bo od lat zajmuje się poszukiwaniami zaginionych osób w Polsce. Z inicjatywy tej fundacji powstała właśnie aplikacja, dzięki której każdy może sobie zobaczyć, jak to jest szukać zaginionego.

http://www.najtrudniejszezadanie.pl/

Mi się nie udało znaleźć, za mało było czasu. Ale komunikat na mnie podziałał i choć na ogół wspieram podatkiem hospicja, to rozważę oddanie mojego 1% podatku na Itakę, może nawet poczytam o zasadach wolontariatu – kto wie, może jakoś się im przydam?

Ocena aplikacji: pomysł na 5, wykonanie na 3. Trochę brakowało mi kolorów i scrollowania mapy kursorem, minus za niedopracowane funkcje szerowania (fb – brak możliwości skomentowania, twitter – nic nie mówiący tekst, pin it – czemu logo agencji?), no i zarówno mapa jak i postacie mogłyby być bardziej atrakcyjne wizualnie – zabawa byłaby wtedy lepsza. Ale z drugiej strony – czy szukanie zaginionych to zabawa? Chyba nie bardzo. Szare barwy i kwadratowe postacie w pewnym sensie nieźle oddają mało atrakcyjną i żmudną pracę wolontariuszy z Fundacji Itaka oraz wszystkich, których bliscy przepadli bez wieści. Podaję więc dalej; mi co prawda nie udało się znaleźć zaginionej osoby, ale może Wam się uda.

—-

Podsumowując, dziękuję Michałowi Wąsowskiemu za pomoc w rozjaśnieniu wątpliwości, które zasiała moja krytyczna recenzja. Burzliwa dyskusja, jaka powstała na fali mojego tekstu pokazuje, że nie  byłam jedyną osobą, która poczuła się nie do końca potraktowana fair. I nawet jeśli dwa Prudentiale były tylko zbiegiem okoliczności – takie kwestie powinny być regulowane.

 

 

Podziel się ze znajomymi!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *