Niezbędnik stacjonarnego podróżnika: USA

 

Zbliża się lato, czas na podróże. Znajomi na fejsie epatują fotkami z plaż całego świata, czekinują się w knajpach brytyjskich, niemieckich i kambodżańskich – i nie chodzi o typ kuchni, tylko lokalizację. Patrzę przez okno – nadal nie wiśnie, tylko lipy kwitną obdarzając nas chojnie swym puchem, a perspektywy podróży ograniczają się do lokalnych festiwali pieśni hipsterskiej.

Jak żyć, gdy serce wyrywa się za morze, do palm, śniadych ciał i drinków z kokosa? Szczęśliwie są ludzie, którzy nie tylko mieli okazję w owych miejscach z naszych snów się osiedlić, ale na dodatek byli na tyle wspaniałomyślni, że nam je opisali. W moje ręce wpadły ostatnio dwie takie książki. Jedna o Ameryce, druga o Nowym Jorku. Czyli trochę o tym samym, a trochę nie.

W sumie to fajnie się złożyło, bo listę moich ulubionych fantazji podróżniczych otwiera właśnie ten kraj, a dokładnie to miasto. Miejsce najcześciej uwieczniane w filmach, piosenkach i literaturze, na którego symbol połakomił się sam Steve Jobs. A może tylko chciał złożyć mu hołd?

Nie zdziwiłabym się. Osób tragicznie zakochanych w Nowym Jorku jest bardzo wiele. Bo nowy Jork ma w sobie „to coś”, co wprawia w niewysławialny zachwyt. To co mi odbiera mowę, na szczęście pięknie ubiera w słowa Michał Paweł Markowski w swoim eseju Moja Ameryka

Ale nie trzyba być wybitnym literatem ani nawet artystą, by dać się uwieść Nowemu Jorkowi. Nie trzeba nawet tam jechać, aby się uzależnić. Tym bardziej, że wizyta niewiele pomoże – jedynie podsyci głód. Dlatego wszystkim planującym wizytę w NYC radzę dwa razy się zastanowić. Bo to jabłko cholernie uzależnia.

Nowy Jork. Blog liryczny.

Nie ma wątpliwości, że autorka książki Nowy Jork. Przewodnik Niepraktyczny jest jedną z nieszczęśliwie (bo czy można szczęśliwie?) zakochanych w Nowym Jorku. Z tej miłości założyła nawet w 2006 blog  mu poświęcony. I z tego bloga powstała książka, którą autorka nazwała przewodnikiem. I choć na wszelki wypadek dodała, że jest on niepraktyczny, to wydaje mi się, że w tym również mija się z prawdą – bo on nie jest praktyczny, tylko liryczny. I przede wszystkim to nie jest przewodnik. Tylko blog.
Po czym poznać, że to nie książka, tylko blog (choć w wersji papierowej)? Mają one różne cele. Przykładowo: blogerzy nie zakładają tak naprawdę blogów po to, by opowiadać innym o swoich pasjach. Oni je zakłądają, by promować siebie – i przy okazji opowiadać o swoich pasjach. Ważnych i wartościowych, albo ścierwiastych i klikalnych. Ale zawsze dla autopromocji. No niestety, tacy jesteśmy. Taka jestem ja, taki jest WO. Taka jest też Kamila Sławińska.

Przyznaję, jej blog to wiele ciekawych historii, spotkań i miejsc (choć informacje są zbyt nieregularne, by nazwać go przewodnikiem). Ale te przygody to raczej naturalna konsekwencja mieszkania w Nowym Jorku, znana każdemy kto go choć raz odwiedził i połaził – no zawsze cię ktoś zagada! Rozumiem, że autorka poczuła potrzebę uwiecznienia tych chwil w postaci literackich miniatur – zapisków wrażeń związanych z daną sytuacją, idealnie nadających się do formuły blogowych notek, w towarzystwie oryginalnych fotografii. Taki sposób prowadzenia bloga daje czytelnikowi poczucie, że czyta relację na żywo, sugestywną, emocjonalną i prawdziwą.

Jednak to, co na blogu bywa zaletą, w książce już niekoniecznie. W wersji książkowej, strumień nowojorskiej świadomości staje się worem tekstowych pocztówek i niekończących się zachwytów, wrzucanych bez ładu i składu. To jeszcze mogłoby być urocze i nosić znamiona dziennika, gdyby tyko autorka miała jakiś talent literacki. Ale niestety nie ma. Tylko że o tym nie wie. I torturuje nas swimi swoje pseudo-lirycznymi wynurzeniami, jakby była co najmniej drugim Kerouakiem, przez co lektura staje się poważnym wyzwaniem. By poznać jakąkolwiek ciekawą historię nowojorską (których – powtórzę dla jasności – w jej blogu jest pełno!), trzeba przebić się przez gąszcz banałów, patosu i literackiego onanizmu, tak typowego dla gatunku blogerów (piszę to z całą świadomością).

Dlatego w tym miejscu chciałabym wystosować mój cichy apel:
Szanowni blogerzy, drogie blogerki. Proszę, nie kompromitujcie się bawiąc w pisarzy i pisarki! To, że wasz blog jest poczytny, wcale nie oznacza, że umiecie pisać. Często znaczy to coś wręcz przeciwnego (choć istnieją chlubne wyjątki: Łukasz Najder, Piotr Czerski ). Podsumowując: Kamila Sławińska napisała ciekawy blog, ale słabą książkę.

Kamila Sławińska
Nowy Jork. Przewodnik niepraktyczny
W.A.B. 2008

 


Przeżuwanie Ameryki

Zgoła inne podejście do tematu reprezentuje Marek Wałkuski – dziennikarz związany z Polskim Radiem, mieszkający z rodziną na stałe w Waszyngtonie. Choć tytuł Wałkowanie Ameryki sugeruje czynność spłaszczania, to zawartość bliższa jest raczej mieleniu na drobne kawałeczki. Albo żmudnemu przeżuwaniu, kawałek po kawałku, amerykańskiej ziemi, ludzi i kultury.

Wałkuski Amerykę smakuje nieśpiesznie i raczej na zimno, brak tu ociekających emocjami westchnień nad cudownością i chwil uniesienia na wiszących mostach. Wałkuski Amerykę pokazuje z perspektywy życzliwego, acz neutralnego obserwatora – nie turysty, nie imigranta, nie amrykańskiego neofity, tylko dziennikarza.

Ten reportażowy sposób prowadzenia czytelnika przez Stany dobrze się sprawdza w roli przewodnika – a może nawet podręcznika? Banalne i na pozór oczywiste fakty (np. że Amerykanie kochają broń, albo że bogatych uważają za wybrańców Boga), dopiero po dokładnym ‚rozwałkowaniu’ odsłaniają ukryte warstwy i prawdziwy sens.

Autor z żelazną konsekwencją poddaje obróbce kolejne sfery Amerykańskiego Snu – religię, prawo, patriotyzm, muzykę country, gospodarkę, edukację i oczywiście polską emigrację – i objaśnia je szczegołowo i zaskakująco ciekawie. Przynajmniej jak dla mnie. Brak mu przy tym zacięcia do wartościowania tego, o czym pisze. Autor stara się zachować dziennikarską obiektywność, choć i tak czujemy, że w tle czai się lekki podziw dla tego kraju, który powstał ze zlepku tak wielu kultur, połączonych marzeniem o wolności.

Czytając Wałkowanie… czuję, że wgryzam się w USA głębiej niż typowy sympatyk i bardziej ją teraz rozumiem. Po rozwałkowaniu jesteśmy w stanie wreszcie ujrzeć amerykański „big picture”- wyrwane z kontekstu skrawki wiedzy nabierają wreszcie sensu. Okazuje się, że Tam wszystko jest logiczne, bo wynikają z czegoś: z konstytucji, z historii, z przekonań religijnych, albo z decyzji Sądu Najwyższego. I choć książka jest napisana dość oschle i bezosobowo, co zwolennikom angażujących emocjonalnie książek może przeszkadzać (dla nich pozycja piętro wyżej), to mi pasuje taki sposób pisania. Gdzie to Ameryka jest na pierwszym planie, a nie czyjś sen – choćby nawet spełniony.

Marek Wałkuski
Wałkowanie Ameryki
Editio 2012

Podziel się ze znajomymi!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *