Nirvana top 5 (live)


Wpis ten został zainspirowany niedawną odpowiedzią Chrisa Otta na pytanie na Ask.fm o pięć  ulubionych live’ów Nirvany. Stosunek pitchforkowego renegata do Nirvany znamy nie od dziś z legendarnej serii na youtubie – i można go chyba porównać do złamanego serca połączonego z kompletnym brakiem iluzji co do narkotykowego uzależnienia, które zniszczyło frontmana. Może kogoś zdziwi, że jeden z najważniejszych krytyków muzyki pop poświęca cały odcinek zespołowi, o którym „wszystko już zostało powiedziane”. Ale wciąż zbyt rzadko mówi się o tym, co zespole z Seattle (a właściwie z Aberdeen) najważniejsze – i nie jest to gwiazdorstwo, narkotyki i śmierć, tylko zajebista muzyka. Więc i ja dołożę swoje pięć groszy. 

Wielu ludzi reaguje śmiechem, gdy wymieniam Nirvanę w piątce moich ulubionych zespołów ever – niesłusznie uważając ich twórczość za banalną i niegodną głębszej refleksji. Dlatego zapraszam na wycieczkę po moich ulubionych kawałkach Nirvany w  najciekawszych wykonaniach na żywo. Mam nadzieję, że was przekonam. 

1. On a Plain

Krist na pytanie, jaki jest cel tego koncertu odpowiedział: chcemy pokazać naszą miękką stronę, coś jak perfumowany papier toaletowy. Stało się trochę inaczej i 18 listopada 1993 r. Nirvana dała koncert, który miał przejść do historii – niestety nie tylko dzięki świetnej muzyce.
Pamiętam jak mając 15 lat polowałam na ten koncert w MTV. Kiedy wreszcie trafiłam na weekend z Nirvaną, siedziałam bite dwa dni przed telewizorem z gotową czystą kasetą, żeby w końcu mieć “Unplugged in New York” na video. Na zawsze.

Wszystko było tu niesamowite:
– to, że głośny, zbuntowany zespół dał się okiełznać grzecznym formatem telewizyjnym, zgodzić na zakaz przeklinania, picia i śpiewania o gwałcie (palić mogli)
– to jak świetnie odnaleźli się w akustycznych wersjach, udowadniając ponad wszelką wątpliwość songwriterskie zdolności lidera i uniwersalną wartość jego kompozycji
– żałobna atmosfera, podsycona dźwiękiem wiolonczeli, ale też scenograficznymi pomysłami Kurta: naręczami białych lilii, czarnymi świecami i kryształowym żyrandolem,
– publiczność siedząca cicho jak na nabożeństwie, w transie wpatrzona w zespół w jego najbardziej intymnym i delikatnym wydaniu
–  świadectwo bardziej folkowego, akustycznego brzmienia, ku któremu być może Nirvana (lub prędzej sam Kurt) by się zwrócił, gdyby nie tragiczne wydarzenie z kwietnia 1994 –  wskazuje na to nie tylko tracklista Unplugged, ale też kolaboracja Cobaina i Novoselica z Markiem Laneganem – nie tylko gościnnie pojawili się na jego albumie z 1990 r. w kawałku “Where Did You Sleep Last Night”, ale też umieścili go na B-sajdzie singla “Pennyroyal Tea” i zagrali na Unplugged. Ponoć w ogóle formuła tego koncertu była zainspirowana brzmieniem albumów tego reprezentanta folkowej odnogi indie rocka.  

– no i jeden z najlepszych swetrów w historii rocka <3

Nie wyobrażam sobie, by jakikolwiek inny koncert i jakakolwiek inna piosenka znalazła się na pierwszym miejscu tego mini rankingu. “On a Plain” – nonsensowny zlepek powiedzonek i strumienia świadomości napisany przez Kurta w kilka minut przed nagraniem wokalu to kawałek tryskający ironicznym humorem, piętnujący cynizm przemysłu muzycznego, zahaczający o bezsilność, depresję i uzależnienie i zawierający jeden z najsłynniejszych refrenów w karierze zespołu. Kawałek wydany jako singiel w 1992 to chwytliwy pop o beatlesowych korzeniach skryty pod pozorną brutalnością metalowych powerchordów – czyli esencja brzmienia Nirvany, tak rewolucyjna w świecie patetycznego, balladowego grandżu. Zwrotki są efektowne w swej prostocie i najeżone wesołymi hookami – tak łatwo przychodzącymi Kurtowi i tak pięknie kontrastującymi z depresyjnym tekstem. I mimo że tonację mamy durową, to melancholia czai się wciąż gdzieś pod skórą, wyłażąc odważniej dopiero w chórkach Grohla, dodających cięższemu, metalowemu refrenowi nawiedzonej aury. Bridge wprowadza janglowe tempo pobrudzone grandżowym przesterem i tym razem to Kurt sennym głosem śpiewa mroczne zaklęcia, które okazują się wersami kompletnie pozbawionymi sensu (zdystansowane, zbijające patos i wchodzące na meta poziom “what the hell am  I trying to say” rozbraja mnie za każdym razem). Właśnie takiego go kocham – Kurta śmieszka, nie traktującego siebie ani muzyki nazbyt poważnie, rozświetlającego mroczną czeluść wrażliwości małym światełkiem humoru.

Dlaczego wybrałam akurat tę piosenkę? Z pewnością jest wiele kawałków Nirvany z lepszym tekstem (niepisanym na kolanie) i ciekawszą, ambitniejszą strukturą. “On a Plain” jest dla mnie wyjątkowy z powodów czysto osobistych. Był pierwszym w moim 13-letnim życiu kawałkiem, którego naprawdę DOZNAŁAM. Pamiętam to jak dziś – w łóżku przed snem założyłam na głowę słuchawki i włączyłam kasetę Nevermind kupioną w.. Hicie na Kabatach. Opis wrażeń i uczuć towarzyszących mi przy odpalaniu każdego z kawałków na albumie to temat na oddzielny tekst, skończmy na tym, że gdy dotarłam do przedostatniej piosenki, to coś we mnie pękło i polały się łzy me czyste itd. Ale serio, pamiętam jak dziś, że poczułam coś, czego nigdy wcześniej nie doświadczyłam – fizyczny ból egzystencji. Ktoś za pomocą muzyki i słów wyraził coś mrocznego, co we mnie tkwiło, choć nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy. Nagle przede mną rozpostarła się nowy, nie-tak-wspaniały świat – dolina cieni wypełniona bezsilnością, nihilizmem, rozpaczą, ironią, żalem. Można by pomyśleć, że to źle, że przez Kurta & co. nawiązałam kontakt ze swoją ciemną stroną i od tego czasu już tak zostało (“Lekarz zabronił mi słuchać Nirvany” brzmiał komentarz pod jednym z wykonań tego kawałka). Ale patrzę na to inaczej – Kurt niczym bratnia dusza pozwolił mi odkryć w lustrze swoich emocji swoją własną wrażliwość, introwertyzm, depresyjność, kryjące się pod uśmiechniętą twarzą. Jestem w dole, nie mogę narzekać.

2. Stay Away

Dla kontrastu, po najlepszym jakościowo koncercie czas na live bez video, zarejestrowany w Seattle jedynie w formie audio (na pocieszenie – czy widzieliście rozmiary TEJ setlisty?!). Dźwięk ssie, ale w zamian przenosimy się w czasie do 1990 r., gdy bootlegi z koncertów reprezentowały taką właśnie podłą jakość. Co do samego kawałka – nie ma zbyt wielu live’ów ze Stay Away – chłopaki rzadko go wykonują na koncertach, zapewne z powodu wyzwania, jakim jest dla strun głosowych Kurta krzyczenie „stay away” przez 3,5 minuty. W przypadku koncertu w Off Ramp Cafe możemy usłyszeć kawałek w oryginalnej wersji, gdy refren (i tytuł) brzmiał jeszcze “Pay to play” – na znak protestu wobec polityki klubów, które zmuszały artystów do płacenia za występy.

Już od pierwszych taktów słychać, że mamy do czynienia nie z piosenką, a raczej z pociągiem rozpędzonym przez grohlowską lokomotywę, który po chwili wybucha zachrypiałymi, pixiesowymi riffami i brutalnym waleniem po garach, ujawniając prawdziwie punkowe korzenie zespołu. I tylko niewzruszony Krist wytycza basem bezpieczną ścieżkę pośród chaosu i zniszczenia. Zwrotki dają rozbieg, budują napięcie, Kurt śpiewa tak gęsto, że nie ma czasu na oddech, sam sobie odpowiada “i don’t know why”. każda linijka kończy się rymem i staje się instant klasykiem, ale to wszystko nieważne, to wszystko niknie przy potężnym ryku refrenu, wrzasku wydobywającym się wprost z obolałych trzewi Cobaina, introwertycznej histerii, hymnu alienacji, noisowej wersji “wolałbym nie” Melville’a. To jak Kurt drze się w amoku w refrenie, wkładając w to całe swoje jestestwo, albo nawet wykraczając poza siebie, jak spala się w ogniu swoich neuroz i rozrywa na kawałki swoje struny głosowe budzi podziw i grozę – zdaje się, że tylko włos dzieli go od popadnięcia w kompletny, szaleńczy chaos, co zresztą następuje w finale kawałka, który jest rozpadem absolutnym, aż dziw że scena i świat nie rozlatują się na kawałki.
Dla mnie – inicjacja w katartyczną moc hałasu, muzyka wyrażająca to, czego ja nie potrafię wyrazić, a zarazem dająca zielone światło i drogowskaz do wydobycia całej złości, frustracji i wściekłości, której każdy miły młody człowiek ma w sobie nieograniczone pokłady. Ponadto niesamowity popis umiejętności wokalnych Kurta, który jest w stanie z linijki na linijkę przechodzić z delikatności w krzyk, aby chwilę potem growlować przez minutę bez przerwy, po czym jak gdyby nigdy nic wrócić do łagodnego wokalu.


3. Breed

Jeden z późniejszych koncertów, z czasów gdy Nirvana nie tylko zapełniała większe sale koncertowe, ale też dysponowała większymi budżetami na trasy – co widać po przepięknej scenografii, dynamicznej pracy kilku kamer,  porządnym montażu i niezłej jakości dźwięku. Kurt jako ozdoba koncertu, drugi anioł na scenie, wiatr głaszcze mu włosy, ah, być tym wiatrem, Dave-lokomotywa nadaje świetne tempo temu przedziwnemu kawałkowi, który jest jednocześnie 60s-popowy i black-metalowy (znam chyba tylko jedną osobę która równie pięknie umie łączyć te dwa pozornie wykluczające się gatunki).

Tutaj nie ma żadnej rozgrzewki. Od samych drzwi zespół wciąga nas w szalone pogo, które wypluwa nas dopiero pod koniec utworu, mokrych, podartych i ubłoconych. Pulsujące energią zeppelinowe riffy w zwrotkach, niepokojąco złowieszczy bas i mantrujący swoje obsesje i lęki Kurt wprowadzają nieznośnie napięcie, które rozładowuje dopiero ekstatyczny krzyk otwierający refren, w którym znów wracają słodko-metaliczne popowe melodie, tyle że zamiast wymuskanych chłopców w garniturach mamy bandę potargańców w dziurawych spodniach, którzy nic sobie nie robią z zasad dobrego wychowania – ale nawet rozwścieczony Kurt nie jest odporny na zaraźliwy hook swojego własnego refrenu i kiwa głową do rytmu niczym grzeczny chłopak z 60-sowego boysbandu. Doskonały bridge wydobywa z przesterowanych gitar dźwięki niemożliwe, ale szczyt perfekcji kawałek osiąga dopiero w finale, gdzie tak idealnie przeplata się popowe “she said” z punkową sekcją rytmiczną i metalowym riffem przewodnim.


4. Drain You

Najbardziej lubię kameralne koncerty Nirvany, gdzie nawiązuje się prawdziwy kontakt z publiką – a tego nie da żaden stadion na świecie. Uwielbiam koncert w Teksasie z 1991 r. za zwariowaną punkową energię, za zdeterminowanego crowdsurfera, za ochroniarzy rzucających ludzi „na huśtawkę” w tłum i za Kurta cierpliwie znoszącego ciągłe wywracanie mikrofonu. Chaos, anarchia, zabawa, Nirvana.

“Drain You” to kolejny popowy kawałek, który równie dobrze mógłby być coverem jakiegoś zaginionego hitu Beatlesów. Piosnkę rozpoczyna Kurt z minimalistycznym akompaniamentem gitary, ale już po pierwszej linijce na łeb zwala nam się cała sekcja rytmiczna i lecimy na czołówkę ze ścianą gitarowego przesteru. Jedyne co się nie zmienia to beztroski wokal Kurta, śpiewającego o romantyczno-biologicznych aspektach relacji z Tobi Vail, perkusistką Bikini Kill (to nie jedyny związek tych dwóch zespołów, niedługo potem Novoselic zaczął się spotykać z Kathleen Hanah). Strukturą piosenka przypomina “On a Plain”, gdzie również w refrenie tempo zwalnia, a wokal się obniża i melancholijnieje. Jednak w przypadku “Drain You” refren jest nietypowy, bo ostatnie słowa są śpiewane w coraz wolniejszym tempie i kończą się w kompletnej ciszy, jakby piosenka po każdym refrenie umierała. To tym bardziej ciekawe, że słowa te brzmią “I like you”. Po sekundzie zawieszenia Dave znów budzi nas rześkim łomotem w tomtomy i przechodzimy do słonecznego refrenu. W połowie drogi natykamy się na kolejną niespodziankę –  post-rockowy instrumentalny bridgel, w wersji albumowej wzbogacony o dźwięki piszczących dziecięcych zabawek(?), jakieś industrialne dźwięki oraz krzyki z zaświatów, narastające powoli acz nieuchronnie, by doprowadzić nas do finalnego, triumfalnego objazdu po pierwszej zwrotce i refrenie.

5. About a Girl

Co prawda najbardziej lubię wersję „About a Girl” z Unplugged in New York, ale nie będę się powtarzać, dlatego tutaj fragment jednego z moich ulubionych nagrań koncertowych. Dlaczego ulubionych? Bo rozmiar klubu i ilość publiki wydaje mi się optymalna, zespół brzmi świetnie, czuć prawdziwa chemię między sceną a publiką. I zobaczcie jak zazwyczaj zamknięty w swoich neurozach Kurt wczuwa się w koncert – jest otwarty się jak nigdy, a ja oglądając doświadczam uczucia bliskiego uczestniczeniu w tym gigu. Samo nagranie “About a Girl” też jest wyjątkowe, bo kamerzysta zabiera nas na spacer po klubie, by dopiero w drugiej połowie skupić się na zespole. A cover „Here She Comes Now” – intensywność wykonania po prostu urywa dupe (I think I broke my finger – lamentuje Dave na zakończenie).

Co do samej piosenki – jak nic na świecie uwielbiam beatlesowe wątki w Nirvanie, a ten kawałek to w zasadzie podręcznikowy przykład piosenki zbudowanej na inspiracjach Fab Four. Tym bardziej zaskakuje fakt, że tak wybitnie popowy kawałek znalazł się już na debiutanckim albumie – najcięższym brzmieniowo wydawnictwie zespołu. Kurt zresztą przyznał w wywiadzie dla Rolling Stone’a w 1994, że samo umieszczenie About a Girl na Bleach było ryzykownym posunięciem na konserwatywnej przecież scenie grunge’owej. Cobain musiał bardzo lubić ten kawałek, gdyż wykonywał go w zasadzie na każdym koncercie.  Napisał go gdy miał 21 lat dla swojej ówczesnej dziewczyny, Tracy Marander po tym, jak zapytała go czemu nie napisał dla niej nigdy żadnej piosenki. Kurt spędził więc noc katując “Meet The Beatles”, a następnie stworzył grunge’ową wersję 60-sowej piosenki o chłopackiej miłości, tyle że zamiast pragnienia trzymania za rękę swej wybranki Kurt narzeka, że jego ukochana spędza czas w pracy zamiast z nim i na dodatek ma pretensje, że Kurt cały dzień się obija zamiast znaleźć robotę. (Anty)romantyzmu dodaje całej historii fakt, że Tracy dowiedziała się o tym, że jest to piosenka o niej dopiero w 1993 r. z biografii zespołu “Come as You Are: The Story of Nirvana”. Cóż, Kurt nie tylko w muzyce łączył wątki romantyczne z destrukcyjnymi.

Jeśli chcecie posłuchać lepszego dźwięku, to oczywiście polecam wersja albumowe. A jeśli chodzi o rejestrację bez video, to nie słyszałam lepszego nagrania live niż Peel Sessions Nirvany dla BBC. Co za świeżość, co za brzmienie! Plus – zapis zripowany z winyla. https://www.youtube.com/watch?v=iziS1CzcaB0

Linkografia

https://www.rollingstone.com/music/lists/no-apologies-all-102-nirvana-songs-ranked-20150408/about-a-girl-20150408

https://genius.com/Nirvana-about-a-girl-lyrics

https://www.theguardian.com/music/musicblog/2007/nov/14/nirvanaunplugged

https://www.youtube.com/watch?v=mGpYumd_PHE

https://en.wikipedia.org/wiki/MTV_Unplugged_in_New_York

https://en.wikipedia.org/wiki/On_a_Plain

https://en.wikipedia.org/wiki/Drop_D_tuning

https://genius.com/Nirvana-drain-you-lyrics

http://www.nme.com/news/music/four-rare-nirvana-demo-tapes-surface-online-2216178
https://www.nytimes.com/1991/09/27/arts/pop-jazz-a-band-that-deals-in-apathy.html

Necessary Sobriety: The Exploding Boy by Shallow Rewards/Chris Ott from Nirvana

 

Podziel się ze znajomymi!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *