O tym jak prawie zostałam biurową klasą średnią

 

Nie czytuję horoskopów, ale podejrzewam, że oto za sprawą kosmosu po raz kolejny dostałam pracę w biurze. Niby nic, praca jak praca. Chodzę w marynarce, przerzucam korespondencję i wklepuję fakturki. Przychodzę o 9. Wychodzę o 17. I własnie w tych okolicznościach przyrody, beztrosko śmigając po blogaskach, ze zgrozą odkrywam, że oto ucieleśniam BKŚ – Biurową Klasę Średnią.

 

BKŚ to rak naszego pokolenia. To powolna dehumanizacja w trybikach międzynarodowych firm i degradacja idei humanistycznych na korzyść ciułania punkcików w korpohierarchii i samorealizacji w biurowych ploteczkach i rekreacjach pod banderą multisportu. Zaczęłam wizualizować, jak moje życie zawęża się do rozmiarów dilbertowego boxu, jak przyszłośc staje się zaledwie synonimem zdolności kredytowej, a poczucie własnej wartości ogranicza do perpsektyw awansu.

 

Jednak to, co najbardziej mnie boli w profajlu bkś aka Brukwi, ukutym przez mrw, to przypisywany im niski kapitał kulturowy.

Nie zgadzam się na stawianie znaku równości pomiędzy przeciętną pracą, a przeciętną kulturą. I nie chodzi mi o przeciętne zarobki, tylko własnie zawód – ekant, sekretarka, asystent, koordynator, spacjalistka ds, menago… Nie piszę się na wspomniane przez mrw kupno tv, oglądanie popularnych seriali, na wierność tvnowi i gw, na focie z n-k i księdza po kolędzie. No tak, ale przecież lubię niektóre grupy na f-buniu i romansowwałam nieraz z demotywatorami.. może stąpam po równi pochyłej? No wai.

 

Dlatego też z lubością skomplikuję ten jasny i miły model. Bo można być bkś od 9 do 17 a potem, np wmzwm (wykształcona młodzież z wielkich miast), hipsterem albo nawet ttdkn. Albo można być zewnętrznie hipsterem, a mentalnie bkś.

 

Nie uważam, że jeśli nigdy nie będę pracować na jakimś fajnym, wyluzowanym stanowisku w redakcji/teatrze/galerii/fundacji, albo mieć własną bohemę/skłot/zina/groupies – to jestem skazana na los bkś. hey, trochę wyobraźni!

 

 

Elementarz BKŚ:

mem ów, ukuty przez Mumio i rozprzestrzeniony przez mrw, potem czescjacek i wo (a następnie pchany dalej przez ichnie komcio-satelity aż do mnie) wywołał jedną z najciekawszych dyskusji podblogowych jakie ostatnio czytałam u rodzimych internetsów.

 

Otóż wymienieni wyżej panowie (wśród ttdkn kobiety są boleśnie niedoreprezentowane), zabawiając się klasizmem, za zadanie postawili sobie krystalizację odpowiednika brytyjskiej mmc – middle middle class – czyli właśnie bkś.

 

Pałają do bkś odrazą, albo politowaniem, czasem bronią, częściej gardzą (oczywiście jest to tylko intelektualna zabawka dla lulzów raczej niż dla p-poznania). Dla mnie osobiście nic w tym oryginalnego, bkś wydaje się trochę klasą mieszczańską zapdejtowaną o najmodniejsze tytuły seriali i produktów, której ideałem jest zrealizowanie schematu etat-dom-rodzina-samochód-dzieci, gdzie bunt jest oznaką słabości i znakiem nieumiejętności przystosowania się, a suckes finansowy jedynym akceptowalnym wskaźnikiem statusu.

 

I jeszcze digresja.

W „Filipie” Tyrmand przedstawia Polaka, dwudziestoparolatka z Warszawy, który w ostatnich latach wojny pracuje jako kelner we Frankfurcie nad Menem, czyli w paszczy nazi-lwa. Robi dla Niemca, zarabia u Niemca, a przy tym szczerze ich nienawidzi i robi szystko, by uprzykrzyć im życie w drobnych szczególikach życia codziennego; sączy truciznę do głów wrogiego narodu przy byle okazji, zarazem nie ujawniając swojego pochodzenia i zamiarów. Mógłby robić coś innego, walczyć na froncie, ginąć z pieśnią na ustach. Ale wybrał działanie na tyłach wroga, rozsadzanie systemu od środka. Czy można go uznać za konformistę? Tchórza? Nie porównuję naszych realiów do wwII, podkreślam tylko że pozory mylą, a powierzchowne oceny lepiej zostawić widzom tvnu.

 

 

 

 

 

Podziel się ze znajomymi!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *