Palić, tańczyć, maszerować – relacja z Marszu Wyzwolenia Konopii

fotorelacja tu

       fot.DK

„Moc natury”

Zwolennicy dekryminalizacji konopi co roku w maju zbierają się na warszawskim Placu Defilad, by wspólnie przemaszerować pod sejm z transparentami, wykrzykując hasła i bawiąc się przy muzyce. Manifestantów z roku na rok przybywa, świetna atmosfera marszu powoli obrasta legendą. Ale o efektach politycznych nic nie słychać… Wzięłam udział w tym marszu i mam mieszane uczucia. Jest zbiorowe poparcie, jest pozytywna atmosfera i odwieczne hasło: sadzić, palić zalegalizować. Manifestacja zbiorowego poparcia (w teorii i w praktyce) wolności do używania to dobry pomysł na budowanie wspólnoty i jednoczenie ludzi we wspólnej sprawie. Lecz obawiam się, że nie jest to skuteczna strategia na wywalczenie zmian w kodeksie karnym i polityce narkotykowej państwa. Zwolennicy legalizacji, mimo całej swojej pozytywnej energii i zapału, sami sobie rzucają kłody pod nogi i uniemożliwiają postrzeganie ich jako poważny głos w debacie. A prowokacyjnym zachowaniem, obrażaniem służb, agresją i chuligańskimi zachowaniami niekiedy wręcz potwierdzają stereotypowe poglądy na temat ludzi zażywających narkotyki, co powoduje że marsz może mieć skutek odwrotny do zamierzonego: zamiast zbliżać do legalizacji, oddala od niej i to samodzielnie dostarczając ku temu argumentów.

Ne da się zaprzeczyć, że atmosfera na marszu była świetna, pełna pozytywnej energii i beztroskiej radości. Na Placu Defilad grzeje słońce, a wyluzowane rytmy sączą się z wielkich platform, oblepionych bannerami sponsorów. W oczekiwaniu na start marszu zebrani rozkładają się na trawnikach. Wszyscy uśmiechnięci, zrelaksowani.
– Pojedź na Woodstock, a zobaczysz 400 000 takich ludzi – ekscytuje się mój chłopak. No tak, ale czy oni przyjechali na letni festiwal, czy na manifestację przeciwko art. 62 § 1 KK: „Kto wbrew przepisom ustawy, posiada środki odurzające lub substancje psychotropowe, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”?.
– Tu ludzie się jednoczą ponad podziałami, subkulturami, poglądami. Nikogo tu nie obchodzi polityka, oni po prostu chcą palić i nie być za to karani.- kontynuuje temat mój osobisty przewodnik. I chyba rzeczywiście na tym kończą się postulaty tego marszu. Wesoło, beztrosko, chmury dymu, klimatyczne rytmy. Tego ludzie chcą i w imię tego idą. Proste? Proste. Ruszamy.

Już na wejściu w Marszałkowską witają nas (raczej ozięble) kordony policjantów. Pozdrawiamy ich gwizdami. Jest nas dużo, około 6 tysięcy. Nie widać początku pochodu. Manifestacja skutecznie blokuje komunikację na Rondzie Dmowskiego. Od ścian odbija się donośny ryk: „Sadzić! Palić! Zalegalizować!”. Sznur tramwajów, blokady na ulicy, tłumy ludzi na przystankach. Obserwatorzy wznoszą ręce w górę. W dłoniach trzymają komórki, nagrywają to niecodzienne zjawisko. Będzie pamiątka.

– Czemu nie dołączą? – pytam zdenerwowana. Chyba zaczynam się wczuwać.

– Nie da rady, z kolumny nie można wyjść, trudno też dołączyć. – stwierdza mój towarzysz.

Patrzę na boki i uświadamiam sobie, że idziemy otoczeni łańcuszkiem policjantów; jednego od drugiego dzieli odległość nie większa niż na wyciągnięcie ramion. Już wiem, że nie ma mowy o wyskoczeniu do sklepu po coś do picia. A przydałoby się, bo słońce mocno praży.
Z balkonów i okien wychyla się starsze pokolenie, z zaciekawieniem przyglądając się poczynaniom młodych gniewnych. Machamy im, ale nie reagują. Muzyka dudni w uszach. Przy bardziej znanych hitach wszyscy zaczynają rytmicznie kiwać głowami i śpiewać popularne hity: „zasadzimy, zasadzimy ziarno, pole którego po horyzont nie da się ogarnąć”, „because I got high”, „just a perfect day”.
Mijamy kościół Św. Aleksandra na Placu Trzech Krzyży; okazuje się, że akurat trwa ceremonia ślubna. Zwolennicy legalizacji spontanicznie śpiewają „Sto lat!” i pozdrawiają młoda parę burzą oklasków.
– Tu chcę mieć ślub, właśnie w dzień manifestacji! – zachwyca się kolega.

Pogoda dopisała wyzwolicielom konopi. Atmosfera wakacyjno-imprezowa. Równie dobrze moglibyśmy iść na plażę zamiast pod Sejm. Powoli, z licznymi postojami, Marsz Wyzwolenia Konopi dociera na Wiejską. Tłum się rozprasza, uczestnicy na trawnikach i parkowych ławkach odpoczywają po męczącej akcji. Zrobiło się spokojnie.
– Dotarliśmy do celu i co? Będzie chyba jakaś przemowa? Kto w ogóle to organizuje? – pytam zniecierpliwiona przestojem. Niestety okazuje się że to nie przestój. Akcja kończy się w momencie, gdy powinna właśnie się rozpocząć.

 fot.DK


„Więzienie i policja nie wychowują i nie leczą”

Zastanawiający jest nie tylko brak przemówienia do zebranych tysięcy zwolenników legalizacji. Wątpliwości budzi stosunek niektórych manifestantów do policji, prawa i polityków, bardzo powierzchowne postrzeganie problemu legalizacji konopi. Nie można być apolitycznym, a tym bardziej antypolitycznym, jeśli chce się zmieniać politykę.

Maszerując w tłumie co chwila wpadam w chmury dymu z lufek, pod nogami walają się puszki po piwie. Na platformach zabawa na całego, MC skandują hasła przez megafony, te są wnet podłapywane przez tłum, wystarczy parę sekund, by cała ulica rozbrzmiewała stadionowym „kto nie skacze ten z policji, hop! hop! hop!”. Nie skakałam. Miałam obcasy. A poważnie, to było głupie i niepotrzebne. Równie dobrze mogli krzyczeć „kto nie zrobi fikołka jest głupi”. Oprócz kompletnego bezsensu tej zaśpiewki, zastanawiające jest, co ma wspólnego niechęć do policji z naszymi postulatami? Już prędzej bym zrozumiała: „kto nie skacze ten z parlamentu”. Policja ma tyle wspólnego z tworzeniem prawa, co z kopaniem studni w Afryce. Czyli niewiele, a jeśli już, to płytko.

– No tak, ale oni je egzekwują i to na różne, niekoniecznie legalne sposoby. Biją, pałują, aresztują spokojnych manifestantów. – Znajomego coraz bardziej irytuje moje czepianie się.

– To niech zrobią drugi marsz! Sprzeciwu wobec przemocy policji!

Ciekawe, czy gdyby konopie byłyby legalne, to manifestanci zrezygnowaliby z niechęci do policji? Szczerze wątpię. Policja jest zbyt praktycznym wrogiem – zawsze można się do nich o coś przyczepić. To prawda, że na marszu Obrońców Życia nie ma obstawy z całej policji z województwa Mazowieckiego i że nie jest fajnie czuć się jak kryminalistka otoczona służbami mundurowymi. Ale – do tej pory – nikomu krzywdy nie robili. Po prostu zabezpieczają marsz np. po to, żeby nikt nie wpadł pod karetkę, która przemknęła metr obok kolumny manifestantów, z prędkością 100 kilometrów na godzinę.

Pod sejmem na jednej z platform pojawia się ktoś z megafonem i nie przedstawiwszy się, rzuca dwa zdania, które mają chyba pełnić funkcję przemówienia podsumowującego manifestację (przytaczam całość): „Dziękujemy posłom, dzięki którym możemy się tu spotkać i wspólnie powiedzieć NIE debilom! Dzięki, że przyszliście – wy wszyscy, którym nie podoba się obecna polityka narkotykowa. Składajcie podpisy na petycji mówiąc NIE debilom!”. Potem rozrzucanie dopalaczy w tłum i ostentacyjne machanie wielką torbą z trawą. Żadnych wniosków, planu działań, konkretów. Manifestanci pozbawieni nagle celu, jakim był marsz pod sejm, nie bardzo wiedzą co ze sobą zrobić. Odpoczywają w parku, stoją bez celu, w końcu powoli się rozchodzą. Jeszcze jakaś świeca dymna, trochę przepychanek z policją i finał w postaci awantury pod komisariatem na Wilczej, gdzie tłum postanowił odbić niesłusznie aresztowanego manifestanta.

Za organizacją tego marszu nie stoi żadna instytucja, a tym bardziej partia. Marsz Wyzwolenia Konopi jest co prawda częścią międzynarodowej inicjatywy zwanej Million Marijuana March, ale po pierwsze, nie jest to siła polityczna, a po drugie, każdy chętny do zorganizowania majowego marszu może po prostu wpisać swoje miasto na listę. Za warszawską akcją stoi cały szereg małych organizacji jak Wolne Konopie, stron internetowych typu otwartapestka.pl. oraz innych przyjaciół konopi, jak np. muzyków, DJ-ów oraz sieci tzw. smartshopów, specjalizujących się w działalności handlowej. Czy tak zorganizowany marsz ma jakikolwiek sens w kategoriach skuteczności politycznej? Wątpię. Przypomina raczej marketingową akcję mającą na celu lepiej wypromować artystów i podbić sprzedaż dopalaczy i narko-gadżetów.

 fot. DK


„Cała Polska Pali Ganję”

Można powiedzieć, że Marsz Wyzwolenia Konopi to spontaniczna, oddolna, nieupolityczniona inicjatywa. Ale czy to dobrze? Dobrze, że można wyrazić swój sprzeciw wobec aktualnej polityki narkotykowej rządu. Ale jaka jest realna szansa na zmianę prawa, nawet po zebraniu kilkudziesięciu tysięcy miłośników konopi? Myślę, że nikła.

Żeby mieć jakiekolwiek szanse, zwolennicy legalizacji powinni troszkę dojrzeć. A dokładniej:
– zrozumieć, że nie są apolityczni – sam nawet udział w marszu jest manifestacją konkretnych poglądów politycznych;
– zjednoczyć siły. Przestać być chaotyczną zbieraniną grupek interesów, tylko przemawiać jednym, silnym głosem;
– ustalić konkretny program i trzymać się konsekwentnie swoich postulatów;
– trzymać poziom. Nie chodzi o kompletną poprawność polityczną – samo palenie marihuany już jest problematyczne – ale niech to będzie jedyna kontrowersyjna sprawa. Propagowanie haseł nienawiści do policji, odpalanie rac pod sejmem, szarpaniny z policją pod komisariatem (mniejsza o to, czy w sprawie słusznej czy nie) są absolutne przeciwskuteczne. Jeśli chcemy, by nas – zwolenników legalizacji – traktowano poważnie, musimy sami zachować powagę. Nie nazywać posłów debilami. Nie rozrzucać w tłumie dopalaczy. Nie machać prowokacyjnie workami z trawą policjantom przed nosami.


To dopiero pierwszy krok. Polityka narkotykowa, i ogólnie polski dyskurs narkotykowy, obecny w mainstreamowych mediach, w deklaracjach polityków i w przekonaniach opinii publicznej, opiera się na sprytnym postawieniu znaku równości między ludźmi zażywającymi narkotyki a narkomanami; to automatyczne sprowadzenie narkomanów do roli społecznie wykluczonych degeneratów. Żeby przypadkiem ktoś nie pomyślał, że to chorzy ludzie, którzy potrzebują pomocy. „Dobrze im tak, ćpunom. Zażywasz – przegrywasz”. – brzmi znajomo?

Choćbyśmy bardzo chcieli, Polska to nie Holandia, ani nawet Czechy. Dlatego trzeba stosować strategie, które będą skuteczne w p o l s k i c h realiach politycznych. Porzucić wreszcie prowizorkę, nieodpowiedzialność i złość, na rzecz organizacji, konkretów i konsekwencji. Jeżeli chcemy faktycznie zmienić polski dyskurs narkotykowy, to wpierw musimy zmienić polski wizerunek palaczy konopi.

W innym wypadku nic się nie zmieni, a marsze nadal będą w mediach ukazywane jako pochód kilkuset agresywnych narkomanów. Trzeba pokazać opinii publicznej, że porządni ludzie też palą jointy. I że to my jesteśmy tymi porządnymi ludźmi.

*jako tytuły zostały użyte hasła z transparentów zrobionych przez manifestantów.

Zdjęcia: Damian Kardziew


Artykuł ukazał się na stronie narkopolityka.pl



Podziel się ze znajomymi!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *