Muzyka 2017 | Pierwsze pół

Lipiec w pełni, a jeszcze nie zrobiłam muzycznego przeglądu pierwszej połówki roku! nadrabiam do niedopatrzenie natychmiast: oto dziewięć (miało być sześć, ale nie dałam rady się zdecydować) najciekawszych wg mnie albumów od stycznia do czerwca.

Styczeń

Exit Someone „Dry Your Eyes”
Rok znowu zaczął się od mocnego kandydata do rocznych podsumowań. Ale tym razem to nie bombastyczny Kanye urwał nam głowy i pozostawił w niemym zachwycie. Intymny, delikatny pop na zakochanych to dzieło bezpretensjonalności, jakie może powstać tylko w idyllicznych głowach Montralskich
slackerów (że wspomnę choćby siostrzane projekty TOPS i Vesuvio Solo). Niebiański, niewinny
głos June Moon tak doskonale współgra z sypialnianymi aranżacjami jej męża, Thoma Gilliesa, że można ich chyba uznać za najbardziej zgrane małżeństwo niezalu.

bandcamp

 

 

 

Gabriel Garzon-Montano „Jardin”
Zachwycił mnie kawałkiem Crawl, ale polecam pełne zanurzenie się w album Nowojorczyka, w ogóle nie współczesny, pełen 70-sowych brzmień, zmysłowego soul-funku i harmonii, od których topnieje serducho. Montano skutecznie rozgrzewa ciało, pobudza emocje i wprowadza w stan miłosnego uniesienia, ale bez przesady z rodzaju D’Angelo.

bandcamp

 

 

 

 

 

 

Migos „Culture”
Czy rok skończył się w styczniu? Dla wielu z pewnością tak, gdyż trudno sobie wyobrazić jakiekolwiek roczne podsumowanie bez przełomowego albumu w karierze tria z Altanty, który po latach byciu najbardziej wpływową grupą w trapie uczynił ich również najpopularniejszą. Album jest udanym projektem komerycjnym – aura tajemniczości i niesamowita chemia Migosów została
przystrojona w całą „kulturę”, w skład której wchodzi nie tylko sylabiczne flow, memogenne one-linery i chóry adlibów, ale też eklektyczny styl robiący furorę na czerwonych dywanach (widzieliście okulary Cobaina na okładce?), cameo w serialu Atlanta i teledysk odwołujący się do oryginalnych traperów z Alaski.
teledysk T-Shirt


Luty

Teen Daze „Themes for Dying Earth”
Flagowy reprezentant dream popu powraca z albumem, który jest kojącym lekarstwem na histerię współczesności. Jeśli chcesz się oderwać od lęków, nerwów i ciężaru egzystencji, udaj się do sennej krainy sielskich dźwięków stworzonych przez Isaaka – zamknij oczy i dryfuj wśród ambientowych pasaży, spokojnych rytmów i wokali docierających do uszu jak dalekie echa wakacyjnych wspomnień. Wholesome music w pełnej krasie.
bandcamp

 

 

 

Thundercat „Drunk”
Po ekstatycznej EP sprzed dwóch lat wiele się spodziewałam o tym albumie. Moje zawyżone
oczekiwania nie zostały oczywiście w spełnione, ale to nie znaczy, że nie jest to jedna z najlepszych produkcji tego półrocza. Eklektyczny, ponadgatunkowy album pełen jest muzycznego chaosu (z rodzaju tych wyrafinowanych jazz-fusion chaosów, oczywiście) ale nad całym tym bałaganem niczym duch unosi się lśniący falset Brunera i spaja rozsypane dźwięki w całość harmoniami, które przeszywają cialo transcendentalnym dreszczem.
youtube

 

 

 
Marzec

Real Estate „In Mind”
Jakby w kontrze do ostatnich lat, w 2017 ciepłe brzmienie dyktują nie synthpopowe klawisze, ale klasyczne gitary. I w tej dziedzinie zespół Martina Courtneya jest mistrzem. Nowy album brzmi jakby kapela grała w półśnie, a motywem przewodnim uczyniła subtelne indie-kołysanki. Nikt tu się nigdzie nie spieszy, gitary miło szumią, a monotonny (w ten dobry sposób), trochę ospały wokal Courtneya niesie nas w najlepsze czasy kampusowego
indie rocka. Nawet perkusja brzmi miękko, jakby nie chciała nikogo obudzić ze snu. Bo i po co, skoro tak dobrze się śni.
youtube

 

 

 


Mount Eerie „A Crow Looked at Me

To nie jest album na co dzień. Trudno go w ogóle nazwać  wydawnictwem muzycznym. Nie rozkręci żadnej imprezy, nie doda Ci energii w drodze do pracy. To album, w którym Elverum, w swój rozdzierajaco bezpośredni sposób, mierzy się ze śmiercią żony. Płytę nagrał siedząc w jej pokoju, wśród jej rzeczy, z gitarą na łóżku, po tym jak ułożył do snu ich wspólne dziecko w pokoju obok. Death is real. Posłuchaj.
bandcamp

 

 

 

 

kwiecień

Rosa Vertov „Who Would Have Thought?”
Tak, to pierwsze i jedyne kobiety w tym zestawieniu. Zabijcie mnie, jestem szowinistyczną muzyczną świnią. Pamiętacie „Fade into you” Mazzy Star? Warszawski kwartet dostarcza podobnych wrażeń, jakby rozmarzone słońce zachodziło nad rozgrzaną pustynią. Tęskne gitary,
niewinny dziewczęcy wokal. Tajemnica, melancholia, magiczny mrok. Rzadko kobiety sięgają po ten arsenał środków (Beyonce na Lemonade), bo przecież łatwiej pomachać dupą. Rosa Vertov dowodzi, że machać
dupą wcale nie trzeba, żeby przechodziły ciary.
bandcamp

 

 

 

maj

Alex G „Rocket”
Najlepsze, co w tym półroczu usłyszałam zostało mi zapowiedziane przez Łukasza słowami „to na pewno Ci się nie spodoba” (z uwagi na elementy country, na które mam ciężkie uczulenie). Ale właśnie ta folkowo-taneczna rytmika powoduje, że Alex Giannascoli brzmi doskonale – jak wesoły Elliott Smith. Niewątpliwy sukces songwritera z Philadelphii (SAM Frank Ocean zaprosił go do współpracy przy „Blonde”) dowodzi, jak mocno działa na ludzi aktualnie trend lo-fi, bedroom i indie, czyli w skrócie: muzyka która powstaje nie dla pieniędzy a z czystej zajawki, na tym co dostępne, we własnej sypialni. Dlaczego działa? Bo jest autentyczna i ludzka. W przypadku (Sandy) Alexa G – również dziwna i unikalna – bo chyba nikt na świecie tak nie gra. Na razie.
bandcamp

 

Zapraszam też do śledzenia tegorocznej playlisty:

Podziel się ze znajomymi!