Pierwsze pół 2018

 

 


Pierwsze pół roku z nami. Muszę przyznać, że pod względem albumowym był to dla mnie dość rozczarowujący okres – obyło się bez niespodzianek, bez wielkich wzruszeń i zaskoczeń, a wielce oczekiwane wydawnictwa sprawdzonych graczy, takie jak sofomor Migos, solo Elbrechta, siódmy album Beach House czy pierwsze od siedmiu lat wydawnictwo Gang Gang Dance okazały się rozczarowaniem. Jedynie Kanye West zagrał według oczekiwań a nawet powyżej – kto by się spodziewał pięciu albumów w miesiąc? Jeśli tak wygląda stan manii, to też sobie życzę dwubiegunówki – jest dużo efektywniejsza niż depresja i stany lękowe, przynajmniej w połowie 😀  Co do dzieł wybitnych to do historii zapewne przejdzie debiutancki “Die Lit” Playboia Cartiego, dzieło tak świeże i poszerzające (znowu!) pole możliwości dźwiękowych hip hopu, że nawet głośny potrójny krążek Czarnych Beatlesów przy nim blednie. Ciekawym zjawiskiem jest zarejestrowany na miejscu 12. revival anglojęzycznych replikantek Edyty Bartosiewicz. Istny wysyp młodych adeptek surowego neurotycznego indie rocka każe mi doszukiwać się tu jakiegoś komercyjnego spisku, ale tę (hipotetycznie) sztucznie wykreowaną modę przyjmuję z sympatią, gdyż kobiecych głosów w indie światku (i w każdym światku) nigdy za wiele. Choć jak na mój gust mogłyby się trochę bardziej od siebie różnić – zarówno na poziomie artystycznego przekazu jak i poszczególnych utworów. A oto i topka:
 

Albumy

1. Kanye West
Ye > Daytona > Kids See Ghosts > NASIR > K.T.S.E.
2. Kevin Krauter “Toss Up”
3. PREP “Cold Fire”
4. Unknown Mortal Orchestra “Sex & Food”
5. Playboi Carti “Die Lit”
6. Jorge Elbrecht “Here Lies”
7. Rycerzyki “Kalarnali”
8. Kali Uchis “Isolation”
9. Smerz “Have Fun”
10. New People “New People”
11. Rae Sremmurd “SR3MM”
12. 90’s indie girls
Snail Mail>Pageants >Hatchie>Soccer Mommy>Boys
13. Leon Vynehall “Nothing is Still”
14. Video Age “Pop Therapy”
15. Drake “Scorpion”

 


Nie rozczarowały natomiast mnie w tym roku single – ba! nawet rozpieszczały. Dużą rolę odegrał tu DJ Carpigiani, który zreanimował projekt poptymistycznej listy przebojów i bez wytchnienia częstuje nas trzema porcjami dziennie świeżych kawałków godnych uwagi, a co tydzień – notowaniemi bazującym na ilości głosów oddanych na fan page’u. W efekcie jedynie dwie piosenki nie dublują się z tymi które pojawiły się na jego fp, co jednak mnie wcale nie martwi, a wręcz cieszy taka wspólnota poptymistycznych gustów.

Z wydarzeń wartych odnotowania jest też mój mały osobisty sukces – otóż wydałam pierwszy singiel jako agus pt. “piasek” i został doceniony nie tylko przez wpływowy indie portal Gorilla vs Bear (recka i mix czerwca), ale też Spotify dodał go do swojej oficjalnej playlisty New Indie Mix i tym samym znalazłam się na jednej liście z moimi tegorocznymi ulubieńcami takimi jak Yuno, Snail Mail czy Kevin Krauter. 

Odrobina statystyk: gitary o włos wygrywają z synthami i (t)rapami (6:5:5), choć pytanie czy housowe oblicze Azealii wypada zaliczyć do ostatniej kategorii. Płciowo jak zwykle tragedia, miażdżący wynikiem 4:20 wygywa jak zwykle klub chłopców. Może być w tym moja wina, że akurat w tych gatunkach które lubię nie ma zbyt wiele kobiet. Albo to co robią jakoś mi nie podchodzi. Np. ostatnio bardzo rzadko podoba mi się r’n’b, w tym roku jedynie Kali Uchis i Tinashe mnie zatrzymały na dłużej. Jednak wciąż mam nadzieję na więcej i z utęsknieniem czekam na muzyczny parytet na liście. Póki co wygląda to tak:

Single

1. Love Like Waves – Friendly Fires
2. Beach House – Dive
3. Verskotzi – Postwisdom
4. U.S. Girls – Rosebud
5. JMSN – So Badly
6. ASAP Rocky feat. Frank Ocean – Purity
7. Shift Key – Only You
8. The 1975 – Give Yourself a Try
9. Rogal DDL – Bajka
10. Azealia Banks – Anna Wintour
11. Matty – I’ll Gladly Place Myself Below You
12. The Carters – Apeshit
13. The Voidz – All Words Are Made Up
14. Rae Sremmurd – Powerglide
15. Yuno – Why For

 

Appendix 1: playlista rolling 2018

 

Appendix 2: Pare słów o dwóch zwycięskich projektach

 

1. Kanye West


 

Ye > Daytona > Kids See Ghosts > NASIR > K.T.S.E.


West po raz kolejny zmienił zasady gry. West znowu wszystkich zaskoczył. Ciekawe, że w jego przypadku przekraczanie granic idzie w parze z granicznym zaburzeniem osobowości. I wcale mi nie chodzi o minimalistyczny format i antymaczystowski post-teraputyczny przekaz nowego krążka Ye. To nieprawda, że poszedł w minimalizm. Wręcz przeciwnie – on poszedł w maksymalizm totalny (opozycję totalną) i wydał 35 kawałków udających pięć albumów. W tym cztery udające albumy innych artystów. Ale oni dali się zrobić. Bo to wcale nie są ich albumy, tylko featuringi na opus magnum ad Westum. Już w TLOP Kain pokazał jak instrumentalnie traktuje “swoich” artystów niezaleznie od kalibru, dając Bey jakiś marny chórek, szastajac Siją i żonglujac Frankiem jakby byli ścieżkami audio, a nie uznanymi artystami.

Czemu miało się to zmienić na kolejnej płycie? Ye wzniózł swoją artystyczną dyktaturę na wyższy level i teraz dyryguje orkiestrą złożoną nie z piosenek, lecz z albumów. Daliśmy się na chwilę nabrać, że jest producentem niczym jakiś Metroboomin, ale zastanówmy się o kim częściej mówimy – o Nasie, Puszy, Kudim, Teyanie czy też o Kanye, wspólnym mianowniku, ojcu stworzenia i praprzyczynie? Kanye znalazł dużo lepszy sposób na multiplikowanie swojego ja niż inwestujący w ghostwriterów Drake. I na multiplikowanie streamów bez konieczności tworzenia opasłych, nudnych albumisk jak Migos, Sremmurdy i powyższy. Oto genialny sposób by dać upust twórczej gorączce, zarobić hajsik z licznych odtworzeń, nie zanudzić odbiorców i dotrzeć do jak najszerszego grona.

Z nowych rzeczy które mi przyszły jeszcze do głowy po recenzji Ye: pamiętacie trollingowy track (a nawet dwa) Kanyego sprzed premiery albumu? Wszyscy uznali, że to piosenka o kupie – mało kto zauważył, że to adlibowy słownik Kanyego, zuepłnie unikalny i wsobny, który potem używa w różnych miejscach swojego meta-albumu (What Would Meek Do? Feel the Love, Freeee)

Najważniejszy kawałek tego intertekstualnego dzieła to jak dla mnie Ghost Town (którego emanacje można znaleźć w Ye i Kids See Ghosts) – emocjonalny manifest wolności twórczej i nieograniczonej wyobraźni tego najbardziej narcystycznego wśród rewolucjonistów, najbardziej rewolucyjnego wśród narcyzów.

 


2. Kevin Krauter “Toss Up”


Debiutancki longplay basisty Hoops  jest przeciwieństwem bobmastycznego projektu showbiznesowego monstrum z miejsca pierwszego. To muzyka kameralna i skromna, nienarzucająca się i subtelna. Album dla wrażliwców, z jednym z najpiękniejszych singli roku, który byłby w moim top 5, gdyby nie to, że album jest na pudle. Aby w pełni docenić dyskretny urok Toss Up popatrzmy na to, co się dzieje w piosenkach.

Już pierwszy kawałek, Cowboy Chloe sprawia, że zalewa nas fala emocji – może dlatego ten sound tak mocno kojarzy mi się z ratownikami ze Słonecznego Patrolu? Jest tu wiele z ejtisowego chłodu Rydwanow Ognia i tęsknego głosu Briana Adamsa w Robin Hoodzie. Trójca święta nostalgii pod postacią folkowej gitary, wszechmocnie ejtisowego bitu i uduchowionych, synthowych pejzaży.


Lonely Boogie
I na co nam te wszystkie uniesienia, skoro minorowe, płaczące w samotności klawisze w drugim rejestrze mocno obniżają nastrój? Przyjmuję to z lekkim niepokojem o stan psychiczny twórcy i swój własny, na szczęście refren znów uskrzydla ten kevinowy smutek i sprawia, że już na zabój zakochuję się w rozdzierajacych duszę sopranach refrenu, jak i po elbrechtowsku rozszeptanych zwrotkach z nawiedzonymi chórkami.

Rolleskate
I kiedy już jestem na samym dnie samotności, wtedy znów Kevin podnosi mnie z kolan i zabiera na przejażdżkę na rolkach po nadmorskim bulwarze. I nagle odkrywam, że on po prostu tak jak ja kocha XTC i że właśnie śpiewa mi swoje Summer’s Cauldron i wtedy już wszystko jest dobrze, bo znalazłam sophisti-popowego  przyjaciela o doskonałym guście i aksamitnym głosie.

Suddenly
Pozostajemy w towarzystwie XTC, tym razem jednak schodzimy z rolek i chwytamy za gitarę, dodajac nowej fali folkowego charakteru.

Restless
Tęskne, ejtisowe syntezatory powracają, by ogrzać serce i przywołać nostalgię za utraconą przyszłością umiejscowioną gdzieś między “Avalon” Roxy Music a “Nothing is Real” Boards of Canada.

Keep Falling in Love
W rozmarzonym stanie zaskakuje utwór jakby z górnej półki, który jakością produkcji wyraźnie odstaje od reszty (tak, to TEN singiel). Nieskazitelny jazz funk z grooviastymi klawiszami dodaje trochę poptymizmu temu beznadziejnemu romantykowi. Mieniące się kaskady emocji w refrenie powodują, że w jednej sekundzie przeżywam stan od smutku przez szczęście, pogodzenie się z losem, radość i rozpacz – tego nie da mi żaden serial. To jak przeplata się gitara z klawiszami, jak pięknie dynamikę trzyma delikatny szum perkusji, jak harmonijnie zbudowany jest mostek, jak Kevin zmienia się w anioła na przejściu z mostka do refrenu i triggeruje mi wielobarwne wzruszenie every fucking time. Jest to klejnot w koronie indie popu, który blaskiem przyćmiewa nie tylko resztę albumu, ale nawet genru.

„Who Do You Know” sprawia, że znów zaczynam się zastanawiać, czy Krauter nie jest adoptowanym synem Partridge’a, bo tak naturalnie przekłada wdzięk brzmienia brytyjczyków na A.D. 2018

I choć w końcówce album trochę zwalnia tempa i wkurza mnie fałsz w Barely o my Mind, to aksamitno miedziany głos i kojące melodie nie pozwalają mi się oderwać aż do końca, czyli do Toss Up – i nie żałuję, bo to piękny closer z minimalistycznym, przytłumionionym bitem na 6/8, po którym Kevin płynie szerokimi ruchami ramion, by w refrenie wzbić się w przestworza, zostawiając ziemskie instrumentarium gdzieś daleko pod nogami. A finałowy, rozmarzony instrumental jest jak przedłużanie rozkosznego plateau, które w tym wypadku mogłoby trwać w nieskończoność. Czuję niedosyt i wciskam repeat.

 

Podziel się ze znajomymi!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *