Po drugiej stronie tęczy


 

Tęcza tak zdominowała dyskursy medialne w tym miesiącu, że listopad powinien oficjalnie zostać przechrzczony na tęczogad. Przyznam, że bawi mnie ta cała tęczowa historia. Rainbowgate przetacza się przez media, ludzie wychodzą na ulice, zakładają fanpejdże w obronie albo przeciw, wygłaszają odezwy do narodu, robią memy…

W efekcie każdy człowiek nad Wisłą rzyga już tęczą i  z utęsknieniem czeka na pierwsze bóle dupy o tematyce okołoświątecznej. Przeszła już lawina komentarzy, każdy się ustawił po jednej lub drugiej stronie tęczy, ale temat wciąż tli się gdzieś w tle. Wypaliły się emocje, zwiędły kwiatki od ambasadora Szwecji i wreszcie zza tych wszystkich kłębów medialnego dymu zaczęła wyłaniać się tęcza taka, jaka jest. Czyli jaka?

Ano rozebrana z całej symboliki, w którą obrosła po 11 listopada. Ani to zaraza, ani symbol oporu wobec nacjonalizmu. Symbol tolerancji? Homoseksualizmu? Komunizmu? Może jeszcze witarianizmu i buddyzmu? Z tego co pamiętam, przed 11 listopada była to  po prostu instalacja artystyczna, żyjąca własnym życiem i otwarta na interpretacje, z których żadna nie była zakazana, ani niewłaściwa. Ani ta z lewej ani ta z prawej, ani ta z kosmosu. Fajnie by było do tego wrócić.

Dla mnie najbardziej fascynującą rzeczą w sztuce w przestrzeni publicznej jest jej interaktywność. Proces tworzenia, który nigdy się nie kończy, natomiast często skutkujący kompletną zmianą początkowej formy dzieła. Nie będąc marmurową rzeźbą na cokole, nietykalną i górującą nad maluczkimi, instalacja artystyczna nie zakłada długowieczności i nie stawia deklaracji ideowych. Raczej zadaje pytania, otwiera się na dyskusje, jest łatwopalna. Jest bardziej jak wydarzenie przestrzenne, zmienia się w czasie, ewoluuje. I każdy może zostać współtwórcą i współautorem.

I tak właśnie interpretuję ostatnie wydarzenia wokół tęczy na warszawskim Placu Zbawiciela. To, że się pali, gaśnie, zostaje odbudowywana i ozdabiana kwiatami (lub innymi elementami typu Nyan Cat), jest elementem procesu tworzenia, nie jest jej niszczeniem – to że zostaje zniszczona jest pełnoprawną częścią dzieła. Nie znaczy to, że namawiam do niszczenia instalacji w miejskiej przestrzeni w imię swobody wypowiedzi, chodzi mi o zmianę punktu widzenia. Nie traktujmy tej tęczy jak jakiejś  świętości, jak kolejnego smoleńskiego krzyża, który trzeba bronić przed wrogami narodu. Nie budujmy wokół niej kultu i kolejnej mitologii. Czy tęcza nie może być tęczą, a brzoza brzozą? Ile jeszcze stracimy słów, zagrabionych przez polityczne wojny symboliczne?  Jeśli nie nauczymy się dystansu do siebie to kto wie, czy za parę lat tęcza i brzoza nie znikną z podręczników szkolnych – jedna jako promująca homoseksualizm, druga jako siejąca teorie spiskowe.

Soundtrack:

[youtube width=”400″ height=”265″ video_id=”1KDKlOhcjo0″]


Podziel się ze znajomymi!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *