Ratujcie pingwiny!

Jakiś czas temu poznałam studentkę filozofii. Patrzyłam na nią z niekłamanym podziwem, bo studiowanie filozofii heroizmem przebija nawet moje studia kulturoznawcze.
Między nami pojawiła się nić porozumienia, jakbyśmy należały do tajnego bractwa, do którego należą studenci kierunków powszechnie uznawanych za bezsensowne. Nasza przysięga może brzmieć tak: „Studiuję dla wiedzy. Nie dla CV i nie dla kariery.”

Nie da się ukryć, że studiowanie filozofii, to w opinii wielu wybór kompletnie szalony. No bo cóż to jest za kierunek: nieprzydatny, niepraktyczny i przekreślający jakąkolwiek karierę. W moim Subiektywnym Rankingu Kierunków z Przyszłością, filozofia plasuje się niżej niż archeologia i technologia obróbki drewna, a nawet przebija jakże złowróżbną zawodowo historię sztuki.

„Na FILOZOFIĘ?!” – zareagował inny znajomy, gdy dowiedział się o moim nowym pomyśle na życie. Był załamany i pełen obaw o moją przyszłość.
„Jak można wybrać taki kierunek?! – kontynuował – Przecież to ci nic nie da. Tylko stracony czas i pieniądze, nuda na wykładach i tony książek napisanych przez ludzi, którzy już dawno nie żyją i mają to wszystko gdzieś. Jaką chcesz znaleźć pracę? Zostaniesz filozofem? Ahahah. Lepiej zrób jakiś bezpłatny staż w telewizji, praktyki w agencji, wiesz, trzeba budować swoje CV, bo nikt cię nie przyjmie nawet na telemarketerkę.”

Po raz kolejny poczułam, że chcę jak najszybciej uciec z tej planety. Czy jest jakiś alternatywny świat, gdzie nie muszę brać udziału w tym cyrku, gdzie mogę godnie żyć, ale żyć po swojemu? Karton na Dworcu Centralnym odpada. Wierzę, że taki świat istnieje, ale zanim go znajdę, muszę brać udział w tym rozpaczliwym wyścigu, skakać, klaskać u Rubika i na dodatek wierzyć w to i być wdzięczna za otrzymaną szansę. Pełen pakiet obrzydliwości.

Mój rocznik właśnie kończy studia. To już nie jest idealistyczna młodzież, która parę lat temu wybierała sobie kierunek studiów zgodnie z zainteresowaniami, talentami, marzeniami. Która wierzyła, że najważniejsze to robić to, co się lubi, bo wtedy wszystko się ułoży. Chyba naoglądaliśmy się za dużo bajek Disneya. A teraz, gdy stoimy w drzwiach uczelni z tabliczką EXIT, obawy rodziców i znajomych nagle nabierają sensu. Dochodzi do nas to, o czym wie każde dziecko: Filozof, Artysta, Socjolog, Kulturoznawca – to nie są zawody które wstukasz w wyszukiwarkę i wyskoczą ci setki ofert pracy. I prawdopodobnie nigdy nie będziesz pracować w swoim zawodzie, a nie mając nic innego w zanadrzu, pozostanie tylko powrót do punktu zero. Być może tak właśnie wygląda koniec idealistycznej młodości?

Rocznik ’85 od początku miał ciężko. Byliśmy czubkiem wyżu demograficznego, co przejawiało się pod postacią wiecznie przeludnionych klas i absurdalnych ilości kandydatów na miejsce podczas egzaminów do liceum i na studia (pamiętam jak dziś, LO im. J. Słowackiego: 28 os/miejsce, Japonistyka: 21 os/miejsce.) I teraz kolejny prezencik – wkraczamy na rynek w czasie kryzysu. Nic dziwnego, że wielu zaczyna wyrzucać sobie zbytni idealizm i brak wyczucia realiów przy wyborze studiów. Rynek kocha Polibudę, SGH, PJWSTK. Ale nie ma pomysłu na humanistów. Prawdopodobnie z punktu widzenia gospodarki nie dysponujemy żadnymi przydatnymi umiejętnościami. No bo czymże jest wiedza humanistyczna dla pracodawcy? Że umie pisać i czytać? Że kulturalny i może porozmawiać na każdy temat? To do kawiarni z nim. Albo niech sobie bloga pisze. Po co mi jakiś indywidualista bredzący o wartościach, moralności, wiecznie pełen wątpliwości i pytań, szukający sensu i pragnący wszystko zrozumieć. Nie potrzeba mi humanisty, tylko pracownika.

Zatem gdzie się podzieją ci świeżo upieczeni, zawodowi humaniści? Pewnie wypełnią luki w zatrudnieniu na poślednich korporacyjnych stanowiskach. Zdobędą pierwsze, dumnie brzmiące wizytówki: Asystentka, Stażysta, Recepcjonista. Odkryją, że drabina jest fascynującym i w gruncie rzeczy fajnym sprzętem. Studia będą już tylko wspomnieniem, młodzieńczą utopią niemającą wiele wspólnego z rzeczywistością. Ideami wyniesionymi z uczelni nie zapłacą rachunku za prąd.

Od przyszłego roku wchodzi obowiązkowa matura z matematyki. Przy okazji wprowadzania stypendiów dla strategicznych gospodarczo kierunków studiów rozgorzała dyskusja: czy dla gospodarki ważniejszy jest inżynier czy humanista? Jakby nie można było zrozumieć, że jeden bez drugiego daleko nie zajdzie. A jednak, dla rządu okazało się ważniejsze dotowanie umysłów ścisłych i technicznych. Kto wie, może kolejnym krokiem ku rozwojowi gospodarczemu będzie redukcja kierunków ‘niepraktycznych’? A co, jeśli humaniści rzeczywiście wyginą, bo okażą się nieprzydatni dla systemu i nieprzystosowani do realiów rynkowych?

Skoro humaniści nie mają przywilejów, to powinni być pod ochroną, jak dąb Bartek i pingwiny. Inaczej znikną niepostrzeżenie, tak jak idee, w które wierzą. I zostaną umieszeni w gablotce, obok fonografu, melonika i słonecznej parasolki.

Podziel się ze znajomymi!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *