Ściana między nami

Fotki: theladyboss [oprócz parkanu od endo]

Text: birdgirl

W ostatni weekend marca doszło to niefortunnego wypadku – Adidas zderzył się ze ścianą. Ścianą sprzeciwu wobec wchodzenia reklamowymi buciorami na teren święty dla warszawskiej kultury ulicznej. Powstająca od ponad dziesięciu lat dzika galeria przy Torze Wyścigów Konnych Służewiec to najsłynniejsza galeria sztuki graffiti w Polsce, popularna nie tylko wśród fanów street artu i członków środowiska hiphopowego. Ten odrapany, sypiący się mur na Wyścigach zna każdy, chociażby z okien samochodu na trasie do Auchan i z powrotem. Warszawiacy go lubią i akceptują, pewnie pomaga w tym jego bezpieczna odległość od bielutkich ścian nowych osiedli Ursynowa i Mokotowa. Poza tym jest to jedno z nielicznych miejsc w przestrzeni publicznej udostępnionych, nawet jeśli nieformalnie, dla swobodnej ekspresji.


Jednak tylko nieliczni dostrzegli w nim potencjał reklamowy. Długi billboard ciągnący się 1,5 kilometra i to kompletnie za darmo? Genialne! Świat reklam kreatywnością i oryginalnością niera przegania tradycyjnych artystów. Teraz, dzięki akcji Adidasa wiemy natomiast, że w głupocie i unikaniu odpowiedzialności nie ma sobie równych. Adidasowi spece od reklamy (choć w sumie nie wiadomo kto stoi za akcją, bo wszyscy się wyparli) nie dostrzegli absurdalności pomysłu, by „uczcić sztukę ulicy” za pomocą kubła czarnej farby i „zwrócić uwagę na jej wyjątkowość” poprzez kidnapping muru do celów reklamowych. Klimat, w jakim nastąpiła piątkowa „kampania” Adidasa (25.03.11) karze srogo wątpić w „mocne zakorzenienie firmy Adidas w kulturę hip hop”: grafficiarską galerię ogrodzono barierkami i udekorowano ochroniarzami, coby chuligany nie niszczyły reklamy trzech pasków.


Takie potraktowanie świętego miejsca polskiego street artu nie mogło pozostać bez echa. Mimo że na służewieckiej ścianie nieraz już pojawiały się treści komercyjne – chociażby odzieżowej marki Dill czy składu Pokój z Widokiem na Wojnę (nie, to nie jest głęboki komentarz do akcji Adidasa), to po pierwsze tworzone są przez ludzi ze środowiska, a po drugie znają swoje miejsce na murze. Jednak sam fakt uprzedniej obecności reklam w mekce sztuki ulicy pokazuje, że nic nie jest do końca czarne. Ani białe.

W dyskusji wokół Adidasa da się zauważyć, że mimo upływu lat komercyjność to wciąż temat drażliwy w świecie polskiej kultury ulicznej – ci uważający się za „niezależnych” niezmiennie gardzą tymi, co się „sprzedali”. Taki też dyskurs obrali też obrońcy ściany – hiphopowy etos vs zachłanna korporacja. Problem w tym, że do reklamy również zatrudniono grafficiarzy, chociaż ich nazwisk nie znamy. Zapewne siedzą cicho w obawie przed linczem rozsierdzonych „obrońców ściany” i zastanawiają się z czego ma żyć artysta street artowy, skoro nie może zarabiać swoją sztuką.


Być może burza przeszłaby bokiem, gdyby nie fakt, że przeciw praktykom Adidasa murem stanęła społeczność Facebooka. I gdy reklamowcy Adidasa wrócili po weekendzie do biura, przywitał ich news o 20-tysięcznej wrogiej armii pod banderą ADISUCKS (obecnie ponad 27 tys. czlonków i rośnie) dla której bojkot ich produktów jest najłagodniejszą formą protestu. Podczas gdy piarowcy i marketingowcy spokojnie grillowali/ły kiełbaski/warzywka, oddana pod ich opiekę marka w jeden wiosenny weekend spoczęła na samym dnie kryzysu wizerunkowego.

Zaczęła się agresywna nagonka na sprawców, szukanie winnych – Facebook żądał krwi. Temat podchwyciły media i portale informacyjne. Wśród obrońców ściany pojawiły się spory, posądzanie założyciela grupy Adisucks o żerowanie na skandalu (choć jest anonimowy i korzyści żadnych nie czerpie) czy też kłótnie o to jak Adidas powinien przeprosić środowisko. Aż nadszedł kolejny weekend, a wraz z nim niedzielna akcja odmalowania (zamalowania?) czarnej części muru w ramach Graffiti Jam Wyścigi (wydarzenie również stworzone na Facebooku). Malarze malowali, widzowie podziwiali, dziennikarze pytali, policjanci spacerowali. Spokój i sielskość tej imprezy mocno kontrastowały w wojennymi okrzykami na forach, nie odzwierciedlając zbytnio burzliwych emocji panujących na Adisucks. Hasła na ścianie nie wyrażały buntu i niezadowolenia, poza małymi wyjątkami nawet nie budziły emocji. W zasadzie mało która miała związek z kampanią anty-adidasową. Zupełnie jakby nic się nie stało.

 

Napięcie wzrosło jedynie podczas akcji rozdawnictwa koszulek adisucks, zainicjowanej przez Kiełpę, legendę b-boyingu. Aż chciało się krzyknąć: więcej takich aktywistów! Pozytywną energię rozsiewał WSZ, a zewsząd nadciągające nowe grupy zaangażowanych potwierdzały tylko, że cała akcja była potrzebna.

Jednak nasuwa się pytanie: czy taki był cel akcji, czy może para poszła w gwizdek? Ilość haseł generowanych na wallu Adisucks wystarczyłaby na wypełnienie pięciu takich ścian, lecz nie pojawiły się ścianie wyścigów, gdzie dominowały (wybaczcie brak języka branżowego) wrzuty reprezentujące nazwy twórców, niezaangażowane i niezwiązane z tematem akcji. Gdzieniegdzie mignął szablon adisucks, lecz skromnych rozmiarów albo wręcz maźnięty na chodniku. Wciąż największy jest „PzWNW”, też będacy reklamą. Czemu nie zrobiono kolektywnej pracy wieńczącej akcję?


Już od niedzieli na FB ruszyła krytyka prac, hejterskie ataki na toyów i początkujących dzieciaków, które rzekomo zabrały miejsce lepszym i bardziej zasłużonym. Ludzie zdają się zapominać, że każdy ma równe prawo do korzystania, ale nikt nie jest równiejszy. Z jednej strony jest to ściana demokratyczna, ale z drugiej przez lata panowała na niej nieoficjalna umowa, że pewnych miejsc się nie rusza, np. portretu Kataniego czy tablicy pamiątkowej. Dopiero Adidas zburzył ten demokratyczny ład.

W czasie Adidasowego kryzysu Facebook ujawnił swoją wielką moc tworzenia i niszczenia. Spontanicznie założona grupa w dwa dni zdołała powstrzymać korporację ubraniową od realizacji swojej strategii marketingowej. Portal będący dojną krową dla agencji social media po raz kolejny przypomniał, że do pracy z internetowymi społecznościami bardziej niż nowomowa z książki o marketingu przydadzą się teorie psychologii społecznej i antropologii kultury. Nie mówiąc już o zwykłym szacunku dla ludzkiej inteligencji. Adidas, wydawszy zdawkowe oświadczenia przepraszające, milczy jak zaklęty, idąc szlakiem przetartym m.in. przez Biedronkę i BP, które parę miesięcy po kryzysach znów zaczęły generować zyski (konsumenci mają krótką pamięć).


Obywatelski ruch powstały w obronie ściany (inaczej tego nie nazwę) zdołał powstrzymać bezrefleksyjną dewastację pod patronatem Adidasa. I nikt z jego członków już nie wierzy wymówkom decydentów, ich zapewnieniom że działali w dobrej wierze i chcieli oddać cześć kulturze hip hop, bo ich marka wspiera i zawsze wspierała sztukę ulicy. W telewizji może jeszcze to by przeszlo. W internecie – no wai.

Zamiast widowiskowej reklamy, Adidas przeżywa widowiskową kompromitację. Zdawkowymi oświadczeniami i opieszałością reakcji firma pokazała swoje prawdziwe podejście do kultury ulicznej – jej członkowie nie są dla nich niczym innym niż targetem, cyferką w tabeli excela, która ma być na plusie. Hiphopowiec jest tylko jednym z wielu profilów konsumenckich do których kieruje swą ofertę Trzypaski, obok piłkarzy, fanów piłki nożnej, biegaczy, hipsterów, chłopaków w klubach karaoke czy dziewczyn w fitness clubach. I choć nikogo ten stan rzeczy już nie dziwi, to jednak budzi niesmak.

Na ścianie wyścigów, jakby na potwierdzenie tego faktu widnieje cytat z WuTangClanu „Cash rules everything around me”. Tym razem udało się obronić Wall of Fame przed komercyjnym losem. O ironio, komercyjnego wsparcia będzie wymagała wkrótce sama ściana. Bo cokolwiek myślimy o komercji w sztuce, to w przestrzeni publicznej bez inwestycji, które poprawią stan odpadających murów, galeria sama powoli ulegnie samozagładzie. Tworząc idealną przestrzeń dla billboardów.

 

 

Podziel się ze znajomymi!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *