Ściema 1935 – recenzja „Warszawa 1935”

Poszłam na film animowany o Warszawie. Dlaczego? Przecież nie jestem fanką historii przedwojennej, ani tym bardziej komputerowych symulacji 3D. Ale pozostałam wierna swojemu postanowieniu, by wspierać polską kulturę, promować nasze miasto i nasze rodzime produkcje.

Moje obawy były pewnie podobne, jak u większości widzów tego projektu:

– Czy będzie tam fabuła?

– Czy efekty nie będą mało efektowne?

– Czy od propagandowych/politycznych zabiegów nie będą aż zęby boleć?

Więc choć strasznie nie chciało mi się wychodzić z domu tylko po to, żeby w kinie posiedzieć 20 minut, to jednak dałam się namówić. Bo przecież trzeba wspierać polską kulturę itd…

Więc poszłam. I nawet gdyby moje obawy się spełniły (a się spełniły), to jeszcze bym jakoś produkcję tę przełknęła. Bo przecież nie każdy może być Bagińskim. Bo przecież nie każdy wie, że film powinien mieć choćby szczątkową akcję. Bo niektórym najwidoczniej wystarczy film, który wygląda jak gra komputerowa (3D), tylko bez bohaterów, zadań i wrogów – czyli bez mała jak gra edukacyjna dla młodszych klas podstawówki pod tytułem Osiągnięcia polskiej nauki w latach 1930-1940.
Ale nie to sprawiło, że ową produkcję (bo filmem bym tego nie nazwała) uważam za kompletnego gniota. Ani żenująca scena morskich fal i zachodzącego słońca, ani kuriozalna końcówka, gdzie przez 5 minut kamera cofa się (dlaczego się cofa?!) wzdłuż torów tramwajowych na tle nieruchomej (sic!) animacji. Nie będę wnikać w szczegóły i niewątpliwą głębię tego śmiałego rozwiązania, ponieważ wyglądało ono to po prostu jakby twórcom zabrakło czasu/ finansów/hartu ducha na dokończenie tego wiekopomnego gniota. Nawet irytująca pompatyczna i kompletnie niepasująca do uroku Warszawy muzyka rodem z Mordoru nie zabolała mnie tak bardzo jak to, że poczułam się przez twórców filmu oszukana.

Pierwszy sygnał ostrzegawczy odebrałam w trakcie filmu. Uznałam, że to przypadek, ale gdy pojawił się po raz drugi i trzeci, zaczęłam być podejrzliwa. Ponieważ nie wiedzieć czemu – tak mi się przynajmniej wydawało – osią filmu był budynek Prudential  (nomen omen mój ulubiony budynek w Warszawie), górujący nad stolicą (w tamtych czasach), nowoczesny (jak na tamte czasy), monumentalny (teraz monumentalnie zrujnowany). Nie wiedzieć czemu, kamera pokazywała jedynie Warszawę w jego okolicach. Nie było Pragi, Starówki, Powiśla, Mokotowa – czemu tylko Śródmieście?
Myślałam, że to tylko moja wyobraźnia szuka sensów tam, gdzie ich nie ma. Ale moje podejrzenia okazały się słuszne tuż po projekcji, gdy na ekranie pojawiło się wielkie logo ‚głównego mecenasa’ filmu, którym był… zgadniecie kto? Prudential! Zaskakujące, nie? Poczułam się, jakby ktoś mi zrobił brzydki kawał. Bo uświadomiłam sobie, że cały ten film i pozytywny szum wokół niego są tylko fasadą kryjącą smutną prawdę, że oto obejrzałam właśnie 2o-minutową reklamę wchodzącej do Polski w tym roku firmy ubezpieczeniowej – i jeszcze im za to zapłaciłam! Chyba nigdy żadna reklama mnie tak nie wkurzyła.

Jak bardzo spójna jest to akcja reklamowa, dobrze widać po haśle kampanii:

Prudential

Reklama Prudential w Polsce

Film o Warszawie wpisuje się idealnie, prawda?

Dodam jeszcze, że wspomniany wieżowiec Prudential (obecnie ruina przy ul. Świętokrzyskiej) istotnie był przed wojną siedzibą tego ubezpieczyciela. Ciekawe, że nigdy nie wpadli na to, żeby go odrestaurować. Ciekawe, czy jest ubezpieczony.

Ja niestety nie byłam ubezpieczona od głupoty i razem ze wszystkimi widzami zostałam nabita w reklamową butelkę – pod pretekstem patriotycznego filmu, pozytywnej, choć historycznie zideologizowanej produkcji my – widzowie zostaliśmy zwabieni do kina i zapłaciliśmy z naszej własnej woli i kieszeni za obejrzenie 15-minutowego blok reklam, a potem 20-minutowej reklamy, udającej film historyczny.

Nie mylą się marketerzy w Prudential, twierdząc, że Historia jest pisana na nowo. Pisana jest na nowo, a dokładniej – przerabiana na reklamę. Zaskakujące? Guy Debord bez mała 50 lat temu przewidział ten smutny finał. W książce Społeczeństwo Spektaklu (1967), dowodził, że historia jest paraliżowana przez wszechogarniający Spektakl. Snuł ponurą wizję, w której jesteśmy niewolnikami rządzonymi przez towary, symbolizujące obrazy, które zastąpiły rzeczywistość. A obrazów uczymy się z reklam, to z nich czerpiemy wiedzę o czym marzyć, kim się stać i do czego aspirować. Nie muszę chyba mówić, że wizja przywódcy Sytuacjonistów sprawdziła się z przerażającą precyzją.

Wraz z projektem Warszawa 1935 weszliśmy na zupełnie nowy poziom – teraz reklamy uczą nas również, jak widzieć historię. Nie dziwię się, że Debord popełnił samobójstwo, gdy uświadomił sobie, że jego przewidywania się sprawdziły. My też już nie jesteśmy w stanie odróżnić gdzie kończy się rzeczywistość i zaczyna się reklama.

 

sciema1935

Podziel się ze znajomymi!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *