Stradivarius czyli gwałt w przebieralni

 

 przebieralnia

 

Ja naprawdę wiele wytrzymam. Lata tresury zwanej życiem w społeczeństwie sprawiły, że jako tako znoszę sytuacje, w których moja prywatność jest naruszana . W imię „wyższego dobra” akceptuję rozbieranie się na lotniskach (…skarpetki też…?), kontrolę bagażu, spowiedź w amb-usa-dzie, okazywanie dowodu osobistego w przychodni i na siłowni, przeszukania torebek w klubach i na koncertach, czy też na bramkach sklepowych. Nie jest to nigdy miłe, jednak ma to jakiś sens – sama też nie chciałabym być w klubie, gdzie ziomki przychodzą z kosami albo na koncercie, gdzie szkło lata nad głowami. No więc toleruję.

Ale są sytuacje, w których wyższy cel trudno dostrzec, a jednak granice i tak zostają przekroczone. I o tym właśnie jest ten tekst.

Kiedyś mottem handlowców było „Klient nasz Pan”. Obecnie chyba bardziej pasowałoby „Klient nasz Wróg” – bramki, ochroniarze, kamery, czujniki, kontrola, nawet kształt kolejki jest wyznaczony taśmami. I to wszystko po co? Żeby milej nam było kupić ciuch? Szczerze wątpię.

***

 

 złodziejka

 

Kontrola w ubraniowych sieciówkach to oczywiście nic nowego. Widocznie sklepy tego typu często padają ofiarą osób, które lubią mieć nowe ciuchy, ale nie lubią wydawać na nie kasy. W sumie sie nie dziwię, przecież nowa kolekcja jest 4 razy w roku, to mała fortuna dla każdej szafiarki. Więc wszędzie stoją bramki, czasem nawet ozdobione ochroniarzem (zawsze źle ubranym, a przecież mógłby slużyć za manekina). Ale to chyba nie pomagało, albo pomagało za mało, bo postanowiono nie tylko – wzorem lotniskowych bramek – kontrolować to co wnosimy i wynosimy, ale dodatkowo dopaść nas tam, gdzie jesteśmy najbardziej bezbronni i nie mamy dokąd uciec.

 

Pionerem terroru w przebieralni była sieciówka Zara. Nie wystarczyło im, że człek odstoi kolejkowe, policzy ubrania i weźmie nuemrek. Musi jeszcze przyłożyć torebkę do dziwnego płaskiego czujnika, który albo zareaguje alarmem albo nie.. – na ogół nie, ale samo przyłożenie wystarczy, by poczuć się jak potencjalny złodziej, nawet zanim wejdziemy do przymierzalni. Genialne! Gdyby nie ten sprytny wynalazek, zapewne nie opanowałabym żądzy zwinięcia tych wszystkich ciuchów, które już zdążyłam sobie upakować do torebki. Ale to tak na marginesie.

***

 

 więźniarka

 

Atak nastąpił w miejscu pozornie przyjaznym – sklepie odzieżowym marki Stradivarius, ponoć specjalizującym się w sprzedaży mody sezonowej, a nie stresowaniu ludzi. A jednak. Nie spodziewałam sie, że sympatyczne dziewczę obsługujące przymierzalnię okaże się represyjnym aparatem kontroli stworzonym, by siać terror i gwałt. Wszak zastraszony i prześwietlony obywatel jest bardziej posłuszny – być może makiawelizm sprawdza się również w handlu bluzkami.

 

Najpierw pojawił się zapach. Intensywny smród ni to perfum ni to odświeżacza, przyprawiający o ból głowy i mdłości. To zapewne jakiś niezwykle skuteczny aromarketing, ale osobiście podejrzewam, że ta woń ma działanie zbliżone do narkotyku: klient się nawącha, potem sunie skołowany między wieszakami i wszystko jest takie piękne, kolorowe, błyszczące i tanie. Kupuje w euforycznym stanie i dopiero w domu, gdy mija haj, zastanawia się skąd się wzięły te wszystkie ciuchy. Ale już jest za późno. Już jest uzależniony i teraz już musi regularnie wracać po swoją porcję smrodu i ciuchów. Zakupoholik.

 

 x ray

 

Ale to nie koniec sztuczek. Najlepsze czeka w przymierzalni. Podchodzę, mówię normalnie:

– Dzień dobry. Pięć rzeczy. – Pani usmiecha się do mnie z naturalnością manekina.

– Czy mogę prosić? – wyciąga ręce ku mym wieszakom. Niechętnie, ale oddaję i przyglądam się jak dziewczę przelicza w skupieniu moje pięć wieszaków, pilnie sprawdzając, czy na pewno nic nie schowałam pomiędzy, albo w środku, albo po kieszeniach. Podnosi wzrok, ale nie, nie odda mi ubrań. Wskazuje wzrokiem czujnik na ścianie. No to przyklejam się do niego torebką, czekając na werdykt, złodziej czy nie. Jeszcze nie. Udało sie.

Dziewczę rusza ku przebieralniom i wybiera mi odpowiednią dla mnie przegródkę. Najgorszą. Ale nie śmiem protestować. Suka jeszcze mi nie oddała ubrań.

 x ray

 

Teraz prosi mnie, żebym weszła do środka. Zaczynam się zastanawiać, czy poprosi mnie, żebym się rozebrała. Jednak rzeczywistosć jest jeszcze lepsza. Wyciąga rękę trzymającą te nieszczęsne wieszaki z moimi rzeczami i poleca mi je odebrać. Czuję się jak więzień, co po dokładnym przeszukaniu posłusznie odbiera garderobę i może odejść do swojej celi.

Tylko że ona nadal stoi w wejściu. W dłoni dzierży flamaster, który kieruje powoli ku lusterku wiszącemu na wysokości oczu. Przytyka go do napisanego tam wyrazu IZA i z uśmiechem automatu do kawy recytuje coś zupełnie niepojętego:

– Mam na imię Iza i będę pani Asystentką. Zapisuję, że ma Pani 5 rzeczy. – rysuje pomarańczowe 5 pod swoim imieniem. Stoję jak wryta i wytrzeszczam oczy.

-Tylko jeszcze proszę powiedzieć jak Pani ma na imię?

O mamo, o nie. Zatyka mnie. Czuję się gwałcona w publicznej przebierani. Nie ma mowy..

– k.. k.. …Krystyna. – dukam niepewnie, nie mając pojęcia jakim sposobem zgodzilamsię na ten absurd. Zapisuje, choć nie wiem, czy mi uwierzyła. Czuję się jak kłamca.

– Jakby Pani potrzebowała jakiejś pomocy, prosze dać znac, ja będę obok.

Odeszła. Boję się oddychać. Przecież jest obok.

*

 kobiety w więzieniu

Podziel się ze znajomymi!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *