10 najlepszych albumów 2016

 

  1. Vinyl Williams “Brunei”

Najkrócej mówiąc: Gdyby Chaz Bundick i Kevin Parker mieli dziecko, tak pewnie by brzmiała jego ulubiona muzyka. Ale stało się inaczej, Vinyl Williams to nikt inny jak wnuk Johnna Williamsa – pana od soundtracków do Parku Jurajskiego, Indiany Jonesa i reszty melodii mojego dzieciństwa (więcej o tej niesamowitej rodzince tutaj). Tym bardziej cieszy, że młody Williams nie poszedł w zwykłe odcinanie kuponów, lecz eksploruje zdecydowanie mało mainstreamowe pogranicza psychodelii, hipnagogicznego, synthowego popu i krautrocka oraz wszystko co związane z hasztagiem #odlot. Może nie jest to granie odkrywcze, może czasem popada w monotonię, ale nic nie poradzę – uwielbiam brzmienie, które powstaje z połączenia Toro y Moi z Tame Impala.

 

 

  1. Sean Nicolas Savage “Magnificient Fist”

Grudzień, Cafe Kulturalna tonie w kolorze bordo. Na scenę wchodzi szczupły blondyn w rozchłestanej koszuli i śpiewa smutne piosenki malując dłonią w jaskrawym świetle reflektora. Czy to karaoke, czy wieczorek poetycki? Savage co kilka piosenek wstrzymuje koncert, by recytować swoje wiersze. Publiczność zauroczona poddaje się rytmowi autorskiego, ekscentrycznego recitalu.

Savage jest urodzoną gwiazdą alternatywy. Nie potrzebuje zespołu – solo świetnie czuje się na scenie. Nie potrzebuje producenta – osobiście produkuje swój dziesiąty już album. Zresztą, estetyka lo-fi nie wymaga ani nakładów ani zbyt wiele czasu – liczy się inspiracja, przekaz i samozaparcie.

Kanadyjczyk rezydujący w Berlinie ma naturalną zdolność do pisania pięknego r’n’b, owianego ejtisową nostalgią. Mnie kupuje szczerością wyznania, lekkością przekazu i prostotą produkcji, detronizując odlecianych już za bardzo w new age braci Aged. Dobra energia ukryta w piosenkach Savage’a i uczuciowa jedność jaką odczuwam kojarzy mi się tylko z jednym wielkim romantykiem muzyki pop, więc może trochę na wyrost, ale nie zawaham się przed nazwaniem go Georgem Michaelem w wersji indie.

 

 

  1. Ablebody “Adult Contemporaries”

Jeżeli muzyka dla dorosłych A.D. 2016 to fuzja łagodności Prefab Sprout z shoegaze’owymi harmoniami Violens to ja nie mam żadnych pytań. Zapomnijcie o stadionach i klubach, bliźniaki Hochheim tworzą muzykę idealną do ulubionej czynności każdego normalnego 30-latka, czyli siedzenia w domu.

Jest w muzyce Ablebody coś, co sprawia, że punktują u mnie wyżej niż inny lubiany przeze mnie tegoroczny album, Ice Choir, który jest zbytnim odtwarzaniem czasów, które minęły. Ablebody unikają petryfikacji i czuć “potencjał rozwojowy”, coś co przetrwa nawet gdy revival ejtisowego synth popu w świecie indie znowu minie. A może po prostu tęsknię za True i Amoral.

 

 

  1. A Tribe Called Quest  “We Got It From Here.. Thank U 4 Your Service”

Królowie alt-rapu wracają… by się pożegnać. I jest to pożegnanie prawdziwie królewskie.

Tutaj piszę szerzej o co chodzi.

 

 

  1. King “We Are King”

Debiut King to w opozycji do sythowego lo-fi Abry i trapowego popu Riri najbardziej barokowa odnoga nowoczesnego r’n’b, nawiązujaca do tradycji gatunkowej, streszczonej w kawałku “Human Nature”. Zarazem We Are King mogłoby uchodzić za wielki powrót Destiny’s Child, gdyby nie ta różnica, że trio KING nie uznaje podziału na frontwoman/wokalistkę i dziewczyny z tła/chórki oraz nie wykorzystują piosenek jedynie po to, by wykazać się swoją techniką wokalną. Nie, one kochają tę muzę, po co im indywidualne ego, skoro mają dysocjacje w hipnotycznych wokalach i senne zatracanie się w niebiańskich tłach. W tym albumie nie ma kropli zła i śladu ciemności. To jest czyste dobro, błyszczące, tropikalne, słoneczne i słodkie jak tequila sunrise wlewana do ucha. Dobra odtrutka na mroki 2016 roku.

 

 

  1. Radiohead “Moon Shaped Pool”

Już słuchając kolabo Greenwooda z Reichem dało się przewidzieć, że najnowsza produkcja RH będzie wzbogacona o muzykę klasyczną. Ale to nie koniec grzebania w przeszłości – cały album równie dobrze mógłby powstać w latach 70-tych, ale o tym pisali już mądrzejsi ode mnie. Od siebie dodam, że oprócz nieustannego porównywania między tym a tamtym albumem fajnie popatrzeć na MSP jako osobne dzieło, dialog rocka z klasyką, progresji z konserwatyzmem, wieczności z przemijaniem. Nikt nie umie grać na strunach melancholii  lepiej niż Thom.

 

 

  1. Huerco S. “Those Of You Who Have Never (And Also Those Who Have)”

Kto powiedział, że ambient musi być monotonny, nieludzki i syntentycznie zimny? Najbardziej kojący album roku ma więcej wspólnego z dźwiękami natury, ciała i pamięci, niż ze światem komputerów. I choć Leeds twierdzi, że jest to muzyka “zasypiania nad syntezatorem” to moim zdaniem bardziej jest to zasypianie snem dziecka z teledysku  “Teardrop” Massive Attack – małego aliena unoszącego się w mikrokosmosie brzucha matki, gdzie czas odmierzany jest odległymi echami bicia serca i pracy organów, a bezpieczną przestrzeń określa spokojny szum wód płodowych. Chyba każdy miał w 2016 chwile, gdy zatęsknił za tymi czasami.

 

 

  1. Frank Ocean “Blond” / “Endless”

Po długiej ciszy Frank robi wreszcie krok ku pogłębieniu relacji. Zabiera nas w intymny świat swoich emocji, powoli, w swoim tempie opowiada historie o dzieciństwie i o straconych miłościach. Pokazuje się bez maski – jest w nim dużo smutku, zagubienia, chaotyczności – i oczywiscie wielkiego talentu. Ale nie stara się niczego udawać ani ułatwiać (spróbujcie znaleźć Endless w sieci!) i wymaga od słuchacza cierpliwości – przez to tegoroczne albumy wielu może nie/słusznie uznać za niedopracowane, gorsze. A Frank po prostu pokazuje nam jaki jest naprawdę – i wyraźnie daje do zrozumienia, że nie interesują go szczyty list przebojów, ani sukces w mainstreamie. Zdecydowanie człowiek w moim typie.

 

 

  1. Beyoncé “Lemonade”

2016 był rokiem kobiet. Przebudzenia, buntu, walki, porażki. Album Bey wpisał się w ten czas czas idealnie – artystka wspięła się na nowy poziom dojrzałości twórczej, już nie jako miła seksowna uśmiechnięta zmysłowa dziewczyna, lecz jako kobieta polityczna, zraniona, mistyczna i dyktująca swoje zasady.

Tak jak Ye, Bey jest absolutną, obsesyjną perfekcjonistką. To widać zarówno w albumie audio, jak i wizualnym – niestety, by je zobaczyć, trzeba nabyć subskrypcję na Tidalu. I tu właśnie następuje różnica między autorami moich dwóch ulubionych albumów roku – Yeezy udostępnia materiał szczodrze, Beyoncé – ogranicza dostępność, aby mieć całkowitą kontrolę nad materiałem i jego odbiorem. Ye wybiera skandal i twitterowy strumień świadomości, Beyonce – ciszę i embargo na wywiady. W końcu – Kanye wybiera sztukę w czasie, nieustanne poprawianie w drodze do nieosiągalnego absolutu. Beyoncé  – sztukę-monolit, jednorazowe zdarzenie, będące doskonale spójną wizję świata. Nie trudno jest zgadnąć, kto lepiej wyczuł ducha czasów.

 

 

  1.  Kanye West “The Life of Pablo”

Płynne przeciw monolitycznemu. Mem przeciw manifestowi. Tak jak trump z Hilary, tak Kanye wygrał z Bey, mimo że miała w pewnym momencie przewagę. To nie tylko zestaw perfekcyjnych bangerów z tekstami balansującym między sacrum a satyrą – Kanye w TLOP redefiniuje pojęcie albumu, wprowadza longplaye w świat ogólnodostępnych, nigdy nie kończących się playlist. To na razie stadium przechodnie, a co będzie dalej? Zobaczymy w 2017.

*Tu jeszcze kilka słów o moich dwóch ulubionych albumach roku.

 

Podziel się ze znajomymi!