Wspomnieniowo: Relacja z Przystanku Woodstock 2010

Tekst z 7 września 2010 r.


Wszystkie foto moje.

Rokrocznie pół miliona ludzi przyjeżdża na ubite pole przy zachodniej granicy Polski, by przez trzy dni, w kurzu, tłumie i spiekocie, słuchać rocka. Według O.Rydzyka to banda ćpunów i szatanów pod wodzą „diabła Owsiaka”. Pewna lekarka stwierdziła, że na Woodstocku pobierana krew jest „satanistyczna”. Krzysztof Dobies, rzecznik WOŚP i Woodstocku mówi: „Niemcy bombardują nas e-mailami w sprawie bezpieczeństwa. Nie mogą uwierzyć, że od Polaków można się uczyć organizacji wielkiej imprezy”. A Owsiak dodaje: „Gramy od 15 lat i nadal jesteśmy niezależnym festiwalem, pełnym energii. Nie szpanujemy na najlepszy festiwal na świecie, ale na pewno jest on najpiękniejszy. Chyba nigdzie na ziemi w publiczność nie wjeżdża wóz strażacki, żeby ją polać. Cudownie wychodzi, z ludzi bije serdeczność. To takie pozytywne Made in Poland”.
Już z tych kilku przykładów można się domyślić, że kostrzyńska polana to tylko na pierwszy rzut oka niewinne miejsce spotkań fanów muzyki. W rzeczywistości to pole, na którym w brutalnym tańcu pogo ścierają się ideologie, skrajne wizje świata, wartości i religie. I jak zwykle walka najcichsza, lecz najważniejsza, wydaje się toczyć w sercach zebranych tu młodych ludzi, którzy niczym hippisi, będą musieli prędzej czy później wybrać między buntem i kontestacją, a wygodami życia w społeczeństwie konsumpcyjnym.
Marek Kondrat na wykładzie w Akademii Sztuk Przepięknych poprosił słuchaczy, by zastanowili się kim są i czego tak naprawdę chcą. Pytanie, czego chcą Woodstockowicze jest pytaniem o cele całego pokolenia ludzi wychowanych po transformacji, którym nonstop się wmawia, że już wszystko jest OK. Którzy hasła Punks Not Dead popijają coca colą, a po Przystanku Woodstock idą się w końcu najeść do McDonalda. Walka o rząd dusz trwa.

 

 

Post-hippie

Na przełomie lipca i sierpnia odbyła się XVI edycja Przystanku Woodstock. Po raz kolejny publiczność dopisała – przybyły setki tysięcy uczestników z całej Polski i okolic. Podobnie było w 1969r. w stanie Nowy Jork, kiedy 500 tys. ludzi zjechało na skromny w założeniu festiwal muzyki rockowej o nazwie Woodstock. Ich gest był aktem protestu przeciw wojnie w Wietnamie i polityce rządu USA. Ale to już historia, a my jesteśmy w kostrzyńskim lesie. Czym jest zatem Woodstock w XXI wieku skoro oryginalni hippisi obcięli w końcu włosy i dołączyli do establishmentu, a ich idee pozostały równie piękne, co utopijne? Ruch dzieci-kwiatów kojarzy się obecnie z hedonistycznym podejściem do życia, LSD i wolnym seksem. Choć wiadomo, że buntowali się przeciw wojnie, konsumpcjonizmowi, kapitalizmowi, że propagowali idee ekologiczne i duchowe, to wydaje się że z to nich właśnie najszybciej wyrośli. I ostatecznie musieli dokonać wyboru – czy wytrwale żyć w komunie, gdzie wszystkie dzieci i dobra są wspólne, zarabiać dorywczo ograniczając własne potrzeby, by nie stracić wolności, czy może wrócić do społeczeństwa i żyć „jak wszyscy” – mieć etat, założyć rodzinę, wziąć kredyty, odkładać na emeryturę. Prawdopodobnie w 1969r. krzyczący hasła „Peace Love and Rock’n’Roll” nie spodziewali się, że będą musieli wyrzec się idei, w które wierzyli. Współcześni Woodstockowicze nie wykrzykują żadnych haseł. Czy oznacza to, że nie mają żadnych idei?

Aby lepiej zrozumieć sens Przystanku Woodstock spróbujmy ogołocić oryginalny Woodstock z antywojennych i politycznych haseł, zostawiając ponadczasową esencję: dobrą zabawę i rock and roll. Plus oczywiście dużo kurzu. Ale nawet taki zabieg nie da pełnego obrazu tego festiwalu. Hasła pacyfistyczne są obecne, ale zyskały inny wymiar – Przystanek słynie z braku bójek i praktycznie zerowej ilości agresywnych zachowań. Na festiwal przyjeżdżają całe rodziny z dziećmi, nastolatki, ciężarne i staruszkowie, a nawet czworonożni pupile. Organizatorzy na tyle ufają uczestnikom, że na terenie festiwalu nie ma policji – działają natomiast ochotnicze Pokojowe Patrole, przemierzające teren na quadach. Rozwinięciem idei festiwalu bez przemocy jest pomysł, by był to festiwal najlepiej zorganizowany – i tak jest w istocie. Oprócz pół tysiąca Toi-Toiów, internetu, poczty i zaopatrzonego sektora gastronomicznego, działa również wielkie zaplecze karetek pogotowia i straży pożarnych, kilometrowy targ próżności i Akademia Sztuk Przepięknych, promująca kulturę. No i jest też kilkustemetrowe stoisko piwne, gdzie nieprzerwanie podjeżdżają wózki z paletami puszek i kegów, by zaspokoić pragnienie festiwalowiczów.

 

 

planet woodstock

Porozrzucane wszędzie puszki po piwie to jeden z elementów stylu Woodstockowego. Bo nie ulega wątpliwości, że przyjeżdżający tu ludzie mają styl. Glany, dready, irokezy, pofarbowane włosy, pokłute twarze, tatuaże. Niesłychana kreatywność w strojach i dużo nagości – przecież jest gorąco. Ponadto prowokacyjne flagi (np. „tu się gra w słoneczko”), proporce z kartonów po piwie, afirmacja brudu i nieróbstwa. Trudno chyba gdziekolwiek indziej w Polsce zarejestrować tak masowe przejawy beztroski i tak widoczne skutki imprezowania. Widoki są na tyle egzotyczne, iż można w zasadzie stwierdzić, że Przystanek Woodstock to autonomiczne państwo, działające przez trzy dni w roku na terenie RP. Gdyby istniało, jego konstytucja wyglądałaby zapewne tak:

Nic nie musisz.
Muzyka głośna być musi.
Używaj używek i życia.
Uwolnij wewnętrznego freaka.
Brud jest dobry.
Nikt nie jest nieznajomy.
Wstyd i strach jest zawieszony.

 

Naziemny krąg

Uczestnicy festiwalu dobrze wiedzą, że te trzy dni to jedyna okazja w roku, kiedy można sobie pozwolić na totalne wyzwolenie z zasad, uwarunkowań i odpowiedzialności. Wydaje się, że dla większości Woodstockowiczów to jest głównym powodem powrotów na ubite pole pod Kostrzynem. Bunt, idee i hasła wydają się mieć znaczenie drugorzędne. Podstawową formą buntu, jaki jest potrzebny Woodstockowiczom jest właśnie złamanie zasad, jakie narzuca im życie w społeczeństwie. Zapewne część z nich ma przekonania antykapitalistyczne, antykonsumpcyjne, czy pacyfistyczne. Ale nie są tu po to, żeby walczyć z systemem, lecz by odpocząć od systemu. Można zaryzykować stwierdzenie, że walczą na codzień, nie podporządkowując systemowi, konsumpcyjnemu stylowi życia, korporacyjnemu etosowi. Wyglądają inaczej niż przeciętny obywatel – i nigdy nie znajdą pracy w banku czy w biurze – bo też takiej pracy nie chcą. Są trochę jak członkowie Fight Clubów – to na codzień niewidoczni, ale zbuntowani. Może nie spotykają się co tydzień w klubach walki, ale za to co roku zjeżdżają się w jedno miejsce meldując obecność na posterunku i potrzebę odpoczynku – być może właśnie po walce.

 

 

Przystanek postpolityka

Woodstock był polityczny. Przystanek Woodstock jest muzyczny. Nie usłyszymy ze sceny żarliwych nawoływań do buntu, nikt przy zdrowych zmysłach nie wydałby przecież pozwolenia na organizację takiej imprezy. Jurek Owsiak zapewne zdaje sobie sprawę, że pradoksalnie, znieść na trzy dni wszelkie zakazy to świetny sposób na kontrolę ludzkich zachowań. Uczestników uspokaja świadomość, że nie jest tak tragicznie, skoro gdzieś można do woli pić, palić, spać w głową w śmieciach i kąpać się w błocie. A potem spokojnie wrócić do domu, wyżytym i pozbawionym aspołecznych i buntowniczych zapędów. I dalej podtrzymywać status quo, utwierdzać się w poczuciu, że jest dobrze, że jest „normalnie”. I kiedy ze sceny wielkości porządnej kamienicy Jerzy Buzek apeluje „Bawcie się, bo nie ma pracy bez dobrej zabawy i nie ma dobrej zabawy bez pracy”, to wydaje się, że istotnie traktuje ten festiwal jak narzędzie do okiełznania młodych ludzi w ich buntowniczych i aspołecznych tendencjach i naprowadzenia ich na „właściwą” drogę. Trzy dni wolności, by radośnie wrócić do życia jako trybik w machinie – taki sposób na życie proponuje Przewodniczący Parlamentu Europejskiego.
Istotnie Przystanek Woodstock może być wentylem bezpieczeństwa w sprytny sposób utrwalającym obecny stan rzeczy. Być może to błąd i lepiej by było, gdyby bunt i frustracja zabranych tu ludzi nie znalazła ujścia w festiwalowym zapomnieniu, tylko obrała jakąś formę zorganizowaną, dążącą do realnej zmiany. Ale to wcale nie oznacza, że wygrało postpolityczne hasło „normalności” i „ustroju najlepszego z możliwych”. Może po prostu jeszcze nie czas i nie miejsce na zmianę.

Przystanek? Jaki przystanek?

Ciekawą kwestię poruszył w swoim wystąpieniu Krzysztof Materna, mówiąc że to wstyd, że nie ma tu telewizji publicznej, która ignoruje największą polską imprezę masową.
Istotnie, Przystanek Woodstock to temat w polskich mediach kontrowersyjny. Mało o nim słychać, nawet w porównaniu z kilkadziesiąt razy mniejszym Open’erem. Krytykę ściągnął na siebie sam Jurek Owsiak, blokując akredytacje dziennikarskie na festiwal, co jest dziwne zważywszy, że jest on darmowy. Może w obawie przed opacznymi interpetacjami postanowił, że organizatorzy sami będą produkować materiały z każdego Przystanku i je dystrybuować na własną rękę. Na dodatek Owsiak stwierdził że „telewizja publiczna ma Woodstock w d…” (patronat nad XVI Festiwalem objęła Radiowa Jedynka). Dziennikarze są obrażeni na Owsiaka, Owsiak jest obrażony na telewizję, koło się zamyka. Nie od dziś wiadomo, że jeśli temat jest niewygodny, to należy go wyciszyć, sprawić żeby zniknął z mediów – to zupełnie tak jakby wcale nie istniał.
Ale wyciszyć Przystanku Woodstock się nie da. Głośniki są zbyt wielkie, a ludzie mają zbyt wiele energii. I choć Przystanek raczej nie przejdzie do mainstreamu i nie stanie się źródłem rewolucji, to pełni ważną rolę jednoczącą – przyjeżdżasz co roku i widzisz, że są tu ludzie tacy jak ty, ludzie którym nie podoba się sposób, w jaki funkcjonuje świat, którzy starają się coś zmieniać, mimo społecznych kompromisów. I że jest ich wielka ilość.

Podziel się ze znajomymi!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *