Za co nienawidze Jamesa Franco

 

James Franco
Im mocniej James Franco wyrasta na jedną z najfajniejszych postaci fabryki snów, tym szybciej rośnie lista powodów by pałać od niego dobrą, polską nienawiścią.

No bo jak tu przejść obojetnie obok takich informacji: nie dość że gościu urodził się w Palo Alto (Dolina Krzemowa+Zatoka San Francisco+California=raj?), to jeszcze zrealizował typowy American dream z taką gracją, jak gdyby to była najbanalniejsza rzecz na świecie.

James Franco as James Dean
 

Wystarczy przecież studiować sobie Anglistykę, robić jakiś kurs aktorski, przy okazji pracować w Mac Donaldzie żeby wszystko to opłacić. Następnie zacząć grywać w reklamach, potem w chujowych serialach, potem w trochę lepszych serialach. Potem naturalnie dostać deszcz nagród za epicką rolę James Deana w filmie biograficznym (nagroda za film biograficzny!?). i zacząć grać w kozackich filmach, oraz zacząć reżyserować filmy, by na końcu jeszcze grać w reżyserowanych przez siebie filmach. No kurwa bułka z masłem!

A to zaledwie początek powodów do życzenia mu śmierci w biedzie i zapomnieniu. Franco oprócz ról w tak kultowych produkcjach jak Spidermany, 127 godzin, Pineappple Express czy Spring Breakers, pisze równiez opowiadania, maluje obrazy, bywa twarzą perfum, ofiarą standupowców, symbolem seksu, gwiazdą social mediów,  muzykiem, satyrykiem… no i wykładowcą creative writing. Nie mówiąc już o tym, że został uznany za najgorszego prowadzącego galę Oscarową, co też jest wyczynem godnym pozazdroszczenia – wszak niecodziennie ma się okazję wkurwić nadęte grono zblazowanych milionerów w smokingach rządzących przemysłem filmowym.

James Franco - Spring Breakers
 

A najnowszy powód do znienawidzenia Jamesa F. to film „Kiedy umieram” na podstawie powieści Faulknera z 1930r., w którym a jakże, jest i reżyserem, i aktorem. Przełożenie klasycznego dzieła amerykanskiego noblisty (lektura obowiązkowa w krajach anglojęzycznych!) na język filmu wydawało się zadaniem karkołomnym – jest to bowiem powieść pisana technniką strumienia świadomości – i ma nie jednego, lecz piętnastu narratorów. By jakoś ogarnąć 59 rozdziałów opisujących historię dość skomplikowanego pochówku matki rodu Bundrenów, Franco stosuje różne (mniej lub bardziej skuteczne) rozwiązania formalne i narracyjne. Jak to się ma do oryginału nie wiem, bo Faulknera nie czytałam, co mnie natomiast uderzyło, to mistrzowski sposób, w jaki udaje mu  się stworzyć bardzo intymny klimat relacji między bohaterami i to, jak umiejętnie dotykają tajemniczej sfery emocji, których nie da się wyrazić słowami.

James Franco "Kiedy umieram"
W pamięci pozostała mi absolutna szczerosć i bliskość, jaka panuje między bohaterami „Kiedy umieram”. Zapewne nie bez znaczenia jest fakt, że akcja toczy się w stanie Mississippi lat 30., gdzie kontakt z ludźmi, końmi i rybami był w zasadzie jedyną  rozrywka na przestrzeni wielu mil, a alienacja najczęściej oznaczała śmierć. Tam nie było miejsca na emo bunt, jedyny sposób by przeżyć, to było trzymanie się razem. Za wszelką cenę.

Zastanwiam się, czy w „naszej” rzeczywistości, gdzie każdy może być w zasadzie całkowicie niezależnym od innych, możliwa jest taka głębia kontaktów – czy potrafimy jeszcze tak głęboko zajrzeć w duszę drugiego jak rodzina Bundrenów? I dać też zajrzeć w swoją, nie bojąc się co w środku zobaczy? W filmie Franco nigdy z tej duszy tak naprawdę nie wychodzimy. Duszą jest rodzina jako całość, jak jeden organizm. Dla mnie to coś zupełnie  egzotycznego  – z autposji znam rodzinność peryferyjną, zredukowaną do niechcianych świąt, gdzie raczej dystans i ograniczenie kontaktów są sposobem na przetrwanie, a nie bliskość i wspólnotowość. W sytuacji, gdy każdy sobie żyje w swoją stronę, a słowo ‚razem’ to pieśń przeszłości (i raczej też obozy harcerskie i ciuciubabka na podwórku niż rodzinne spędy) pojawia się tęsknota za utraconą głębią relacji, które obecnie są zredukowane go głębokich rozmów na snapczacie.  U Franco realizuje się  zresztą hasło, które ktoś nasprejowal na wielkim ślimaku podczas tegorocznej Coachelli (swoją drogą moje cover photo), które również sygnalizuje istotną rolę wspólnotowości – i to w części społeczeństwa opętanej przez kontaky ‚wirtualne’.

Helix Poeticus - Coachella 2014
Może jednak działanie w grupie da się połączyć z życiem wśród ekranów?

Podziel się ze znajomymi!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *