Zamiast wpisu walentynkowego

 

Jeśli chcesz dowiedzieć się o czym nie jest ta notka, to zapraszam pod obrazek pierwszy.
Jeśli jednak wolisz pominąć te dywagacje i od razu przejść do meritum,  to zapraszam pod obrazek drugi.

Miałam plan,

żeby na Walentynki napisać przewrotną notkę o „Nimfomance” von Triera. Że to wcale nie erotyczna orgia, czy wizja życia jako wiecznej rozpusty lecz bezlitosne studium człowieka odsączonego z miłości. Dla którego seks jest pustym, rozpaczliwym gestem, który nie zbliża ani nie daje ukojenia, a wręcz przeciwnie – tylko utwierdza w samotności.

NO PLEASURE

Dalej chciałam napisać w tej ironicznej walentynkowej notce, że nimfomania Joe wcale nie jest lustrzanym odbiciem przygód Don Juana,  czy kierkegaardowskiego Uwodziciela, którzy cynicznie i świadomie rozko-chują w sobie kobiety, by żywić się ich miłosną energią, a po nasyceniu się po prostu przejść od kolejnej. Nimfomania Joe bardziej przypominała mi kalectwo, przekleństwo – ona rozpaczliwie szukała ratunku w fallusach –  jakby cierpiała na nieuleczalną chorobę i wiedziała tylko tyle, że antidotum jest ukryte w spermie jakiegoś faceta, tylko nie wiadomo którego – więc musi sprawdzić wszystkich. Nie ma wyboru. Nie ma z tego przyjemności. Musi to zrobić, by żyć.

Potem planowałam zastanowić się skąd w Joe to poczucie braku i czy to bardziej tęsknota za miłością w sensie ludzkim, czy raczej religijnym – za Bogiem, absolutem. Chciałam podzielić się z wami obserwacją, że Joe wydaje się zatracać w seksualnym nihilizmie i nic i nikt nie ma już dla niej znaczenia. Liczy się tylko zaspokojenie piekielnego głodu, ale czy to kara, czy też klątwa – i za co? – nie wiadomo.

NO SEX

Czy Joe jest buddyjskim głodnym duchem, która cierpi niemożliwy do zaspokojenia głód i pragnienie? A może bliżej jej do Chrystusa, tylko że jej krzyż to ta niemożliwa do nasycenia seksualność – miałam prowokować walentynkowo a Wy mieliście się uśmiechać pod nosem. Na koniec uznałabym, że Joe postąpiła słusznie, decydując się na abstynencję po 50 latach katorgi, która przyniosła jej tylko cierpienie. Że może rzeczywiście w świecie, w którym pożądanie i seks wywołuje więcej frustracji niż radości, a ludzie wolą kochać się w robotach i żyć w związkach z filmami porno niż odezwać do drugiej osoby,  odrzucenie seksualności ma jakiś sens. Że może warto by podążyć śladami Joe i nauczyć się żyć od nowa – bez pożądania, bez seksualności, wreszcie w spokoju, wygasiwszy wszystkie pragnienia.

NO LOVE

A potem poszłabym o krok dalej i w historii Joe słowo seks zastąpiłabym słowem miłość – i zobaczyła co się stanie. Bo przecież wielu z nas to nieuleczalni romantycy, pokłosie zakochanego Wertera, wychowani na bajkach Disneya, gdzie każdy chłopiec to królewicz, syrenki nie mają głosu, ale mają za to świetne nogi, a bestie zmieniają się w królewiczów dzięki magicznej mocy miłości. I często to nie tyle seks, co właśnie miłość bywa klątwą i przekleństwem. I choć nie ma tak fajnej nazwy jak nimfomania, to podejrzewam, że nie tylko Werterowi zniszczyła życie.

Po co pakować się w miłość, skoro zamiast zbliżać z ukochanymi – oddala od nich albo ich rani? Gdy związek się kończy, nieuchronnie tracimy kontakt z osobami, które w innej sytuacji nadal byłby naszymi przyjaciółmi. Albo do kontaktu nigdy nie dochodzi, bo miłość paraliżuje i uniemożliwia jakiekolwiek działanie, skazując na życie w sferze fantazji.  To już lepiej nigdy nie kochać i nigdy nie  stracić, prawda?

 

 

Miałam napisać tę notkę, ale tego nie zrobiłam, bo natrafiłam  na tekst, który wydał mi się ważniejszy niż wszystkie te głupoty powyżej.

 

TRUTH

[quote]

Współczesnemu człowiekowi wydaje się, że kwestia miłości nie ma nic wspólnego z prawdą. Miłość jawi się dziś jako doświadczenie, związane ze światem niestałych uczuć, a nie związane już z prawdą.

Czy rzeczywiście jest to adekwatny opis miłości? Rzeczywiście, miłości nie można sprowadzać do uczucia, które się pojawia i znika. Owszem, ma związek z naszą uczuciowością, ale taki, aby otworzyć ją na ukochaną osobę i w ten sposób zapoczątkować drogę, która jest wyjściem z zamknięcia we własnym “ja” i zbliżaniem się do drugiej osoby, by zbudować trwałą relację; miłość dąży do jedności z ukochaną osobą. Widzimy więc, w jakim sensie miłość potrzebuje prawdy. Jedynie kiedy jest oparta na prawdzie, miłość może przetrwać w czasie, przezwyciężyć ulotność chwili i pozostać mocna, by wspierać wspólną drogę. Jeśli miłość nie ma odniesienia do prawdy, podlega zmienności uczuć i nie wytrzymuje próby czasu. Natomiast prawdziwa miłość jednoczy wszystkie wymiary naszej osoby i staje się nowym światłem na drodze prowadzącej do życia wielkiego i pełnego. Bez prawdy miłość nie może dać trwałej więzi, nie potrafi wyprowadzić naszego “ja” z jego izolacji ani uwolnić go od przemijalności, by budować życie i przynosić owoc.

– Papież Franciszek, Encyklika Lumen Fidei, s. 38-39.

[/quote]

 

Przeczytałam go raz, drugi, piąty. I ciągle czytam od nowa. Jest w słowach Franciszka coś, co działa jak antidotum. Nie tylko na przypadłość Joe.

 

:)

 

 

 

 

Podziel się ze znajomymi!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *