Zaskoczę ciebie – Burn Selector Festival 2013

Burn Selector Festiwal w tym roku debiutował w stolicy. Czy najbardziej alternatywny festiwal Alter Artu zostanie z nami na dłużej? Czy powinien? Przeczytajcie relację z imprezy i oceńcie sami.

Zainsprowana fascynujacym zjawiskiem kulturowo-lingwistycznym, jakim jawi się serial  Miłość na Bogatopostanowiłam wzbogacić moją relację o wyjątkowy system ocen.

5 Szampan i muesli,

4 Ananas i pomarańcze

3 Predyspozycje są

2 Lepiej zostań twarzą rajstop

1 To w ogóle jest jakaś abstrakcja

0 To w ogóle jest definitywny koniec.

Komunikacja

5/5 Szampan i muesli

Burn Selector Festival wita nas zapachem siana zmieszanego z końskim łajnem, byśmy przypadkiem nie zapomnieli, że jesteśmy na teranie Wyścigów Konnych Służewiec. Dojazd dobry, 15 minut do metra piechotą, 5 min do autobusu (też nocnego) i pętli tramwajowej. Nie było tłumów ani kolejek, komunikacja jeździła często – i co ważne – metro działa w piątek i sobotę do trzeciej i jeździ co 10 min (w przeciwieństwie do nocnych co pół godziny), więc był do doskonały środek transportu powrotnego lub tranferu na afterparty w 1500m2.

Tak bezproblemowy transport to prawdziwa ulga po traumie Openerowej, gdzie dotarcie do miasta składało się na 2-godzinne przedsięwzięcie logistyczne, uwzględniające pokonywanie kilometrów pola piechotą (gęsiego w tłumie), stanie w kolejce do autobusów/bramek (w pchającym się tłumie), jazdę autobusem openerowym (w nieludzkim dusznym tłumie) i jazdę kolejką skm (trochę luźniej, ale i tak w tłumie). Nie mówiąc już o samym dojeździe na Openera z całej Polski. Tak więc z perspektywy Warszawiaka (na dodatek z Mokotowa) BSF to prawdziwy luksus.

 

Organizacja

3/5 – Predyspozycje są

– choć nie jestem pewna, czy to zasługa dobrej organizacji, czy niskiej frekwencji. Na festiwalu było pustawo, zdarzało się, że nawet parę minut przed koncertami pod sceną stała ledwie grupka festiwalowiczów. Tak czy siak – kolejek nie było. No może raz, po Jessie Ware, przed M.I.A., rzeczywiście do Desperadosa trzeba było swoje wystać. 

W płatnościach znowu uprzywilejowani byli posiadacze kart MasterCard – jednego z partnerów festiwalowych AlterArtu. Posiadacze kart Visa (albo gotówki) musieli załadować więc festiwalowego PayPassa.

Kolejna sprawa to fajki. Pod namiotem z głównymi koncertami była straszna siekiera. Pod koniec imprezy miałam wręcz uczucie, jakbym wchodziła do ogromnej palarni, albo do knajpy sprzed tytoniowej prohibicji. I tak jak za dawnych czasów, wracając z imprezy zdjęłam z siebie uwędzone tytoniem ubranie, gardło i nos zapchany, a rano miałam kaca tytoniowego. Tylko, że wtedy paliłam i był to efekt uboczny mojej miłości do fajek. Teraz nie palę i nie rozumiem, dlaczego choć  w knajpach już nie można palić, to pod namiotami można. 

Irytującym elementem imprezy byli ochroniarze, którzy skutecznie sprawiali, że czuliśmy się jak przestępcy parający się kontrabandą. Ci dzielni wojownicy stali na baczność, dumnie świecąc żółtą kamizelką i strasząc niezbyt gościnnym wyrazem twarzy. ‚Ochraniali’ czysty teren koncertowy od plugastw strefy gastro i własną piersią zatrzymywali zwyrodnialców pragnąch wejść na koncerty z piwem. Badawczym wzrokiem taksowali też każdego, kto chciał przejść przez ich kordon bez piwa, pewnie bacznie sprawdzając, czy skrywa je pod kurtką.

Bo kurtki były konieczne – zwłaszcza po godz. 22. Z chwilą wyjścia z dusznej siekiery namiotu spowijała człowieka przenikliwa wilgoć – i niestety nie było gdzie się ogrzać – chyba że herbatą z Alter Cafe. Najbardziej współczułam obsłudze napojów/piwa – uzbrojeni w polary, czapki, szaliki i rękawiczki trwali na posterunkach do końca, ale widać było,  że marźli porządnie. Może się czepiam, ale imho organizator powinien był przewidzieć niskie temperatury we wrześniu i zadbać o warunki pracy swojego staffu – nawet jeśli to ‚tylko’ studenci na śmieciówach.

I jeszcze jedna rzecz mnie zastanowiła: czemu jeden namiot nazywał się Cyan stage, a drugi Magenta stage, skoro obydwa miały odcień niebieski (cyjan)? – nie lepiej nazwać według gatunków – alter stage i electro stage?    

 

Catering

4/5 – Ananasy i pomarańcze

Jak na każdej chyba imprezie AlterArtu z piw znowu był dostępny tylko Heineken i Desperados. Były też stanowiska z Burnem i softami – to miłe, że woda kosztowała 3 zł, czyli o połowę mniej niż coca cola.

Fajnym pomysłem okazała sie kawiarnia z dobrą kawą (od espresso aż po różnorodne kombinacje latte) i dobrą herbatą w  saszetkach oraz ciastami domowej roboty.

Co ciekawe na terenie strefy gastro intensywnie promowały się papierosy Camel, a hostessowie i hostessy atakowali ankietami przechodniów jeszcze przed wejściem na festiwal,. Po terenie natomiast nieustannie grasowały dziewczęta z podświetlonymi ledami walizeczkami pełnymi paczuszek, by kupić sobie Camela bez podchodzenia do stoiska. Same stoiska były dwa (jak na tak mały teren festiwalu to dużo) plus duża palarnia z dancefloorem, krzesełkami i własnym Djem. Chyba już wiem, dlaczego była siekiera w namiocie.

Co do jedzenia, to było dość różnorodnie i nie tak drogo jak na Openerze. Do wyboru były ciepłe i robione na miejscu przekąski z popularnych food-trucków: hamburgery z Bobby Burger (brak wersji wege), makarony z Pasta Mobile (wege, a nawet wegańskie), zapiekanki z Zapiekanka Snack Bus, słodkie i słone świderki z Co Ja Ciacham i azjatyckie specjały z Yellow Dog. Zabrakło natomiast chłopskiego jadła i kebabów, dominujących na Openerze – i jest to powód do radości.

Festyn

3/5 – Predyspozycje są

Elementy festynowe na Selectorze zostały sprowadzone do minimum – oprócz obowiązkowych stoisk sponsorów, czyli T-Mobile z hiperaktywnym konferansjerem werbującym do konkursów, kuli Pay-Pass z tak głośną muzą, że przeszkadzała koncertom w namiocie, była też mini scena Roxy fm, gdzie DJ lub reprezentanci radia zabawiali głównie samych siebie, palaranio-klub Camel, wydawka Burna oraz Tymczasowy Butik TFH z podstawowymi hipsterskimi outfitami typu Aloha from Deer czy Jakub Pieczarkowski. Ale najbardziej zaintrygowało mnie stanowisko magazynu lifestylowego K-Mag, gdzie w zamian za dane można było dostać numer magazynu – tylko że stary. Tak, to bardzo elegancki sposób na pozbywanie się niesporzedanego nakładu. 

 

Koncerty

5/5 – Szampan i muesli

Nagłośnienie

Zwłaszcza w namiocie Cyan: 5/5 – niezależnie od tego, czy śpiewa soulowa Jessie Ware, czy industrialowy Factory Floor przez 10 min robi tytytytytytytytytytytytytytytytytytytytytytytytyty, dźwiękowcy pokazali (ekstra)klasę i w to oni w dużej mierze są odpowiedzialni za zajebistość tego festiwalu.

Ranking zespołów

M.I.A. > James Blake > Factory Floor > Jessie Ware > Archive > The Knife > UL/KR

Mini recki:

M.I.A.

5/5 – Szampan i muesli

M.I.A. niezaprzeczalnie pokazała absolutną potęgę hindusko-afrykańskich dźwięków połączonych z ciężkim, hiphopowym basem i tanecznym bitem. Show upiększała hipnotyczna instalacja z wielokolorowych neonowych mandali oraz trio niezwykle dynamicznych tancerzy. Sama M.I.A., ubrana w kremowy hinduski uniform i pomarańczową chustę wyglądała jak połączenie ghetto queen z księżniczką z baśni 1001 nocy. Jako prawdziwa aktywistka nieraz walcząca o prawa słabszych i nieuprzywilejowanych, Matangi w koncert zaangażowała publiczność, zapraszając 17 dziewczyn do wspólnego tańca i śpiewania na scenie. Wielokrotnie też wychodziła do ludzi, by na rękach tłumu, podając nam mikrofon, wspólnie śpiewać refreny. Zwłaszcza w tych sytuacjach było widać, że artystka śpiewa z półplaybacku, ale nie raziło to tak jak u Rihanny, ponieważ przez całe prawie półtoragodzinne widowisko dawała z siebie wszystko. I my też.

 

James Blake

5/5  – Szampan i muesli

Na pusta scenę wchodzi chłopak o powierzchowności pianisty. Wysoki, chudy, czarna przyduża marynarka, wąskie czarne spodnie, eleganckie buty (tak, czarne). Aż trudno uwierzyć, że ten nieśmiały chłopak chowający się za modną grzywką nie zaserwuje nam zaraz eleganckiego koncertu fortepianowego, tylko neo-dubstepową rzeźnię z pianinem w tle.  Niepozorny Blake, wiercący się na obrotowym krzesełku w rytm pulsujących dźwięków, po mistrzowsku łączy klasyczne pianino, melancholijny, soulowy wokal i sub-bassy tak mocne, że oddzielają mięso od kości. Mam nadzieję, że ten zdolny singer-songwriter wejdzie kiedyś do mainstreamu i sprawi, że świat zapomni o istnieniu Skrillexa.  

Factory Floor

5/5  – Szampan i muesli

Jako że przed ukazaniem się line-upu Selectora mało kto wiedział w ogóle o istnieniu tego zespołu, w niedzielę o godz. 20 w niebieskim namiocie czekała jedynie garstka słuchaczy. Ale to nie przeszkadzało trio z FF, ponieważ i tak nie zawracali sobie głowy publicznością. Skupieni na dźwiękach, programowaniu i dzikim waleniu w perkusję, mimo pary mało odpowiedniej na koncert industrial techno, stworzyli taką wixę, że trudno było znaleźć w namiocie człowieka, który przynajmniej nie kiwał głową – a w Polskich kategoriach to reakcja bliska euforii. Odkrycie festiwalu.

 

Jessie Ware

4/5  Ananasy i pomarańcze

W kategorii ‚najbardziej kontaktowa artystka Selectora’ wygrywa zdecydowanie pani Jessie, która w trakcie koncertu zagadywała nas przy każdej okazji – a to pytając jak jest po polsku ‚cheers’, a to wykrzykując uroczo koślawe ‚dziekuje’! , a to zachwycając się darami od fanów spod sceny. Byłam ciekawa jej scenicznej osobowości, bo w piosenkach pozuje na divę. I tu pozytywne zaskoczenie, bo na koncercie, mimo poważnego ubrania i klasycznego koka, zachowywała się jak ziomalka i często się uśmiechała i wygłupiała. Doskonałego efektu dopełnił jej niezwykle czysty, przestrzenny wokal, który używała z lekkością i bez najmniejszego wysiłku, jakby to była najprostrza rzecz na świecie, tak śpiewać. To był kolejny koncert, na którym trudno było mi opanować tupanie nóżką, lecz tym razem z  miłości do soulowych, funkujących rytmów. Dziękuję Jessie!

 

The Archive

3/5 – Predyspozycje są

Pozytywne zaskoczenie, świetny koncert momentami przywodzący mi na myśl Radiohead. Podobał mi się pomysł z trójką wokalistów i choc nie jestem ich słuchaczką, to już rozumiem, dlaczego są tak popularni w Polsce. Gdyby nie to, że M.I.A., Jessie Ware, Factory Floor i James Blake dali tak niesamowite koncerty, to pewnie bym się nimi zainteresowała. Ale niestety – zbyt mocna konkurencja i na ich tle średnio mnie the Archive jednak rusza.

The Knife

1/5 – To w ogóle jest jakaś abstrakcja.

– Wyznaję ze smutkiem, ponieważ jestem wielką fanką pierwszego i drugiego albumu szwedzkiego rodzeństwa. Z ich występem wiązałam duże nadzieje, zwłaszcza że miały być tańce, show i queer, czyli wszystko co najlepsze do dobrej zabawy. I choć rzeczywiście aerobic przed koncertem był prowadzony przez zawodową drag queen, to jednak im dalej, tym mniej rozumiałam. Nie trafiła do mnie ani mocno eksperymentalna muzyka, ani stroje żywcem wyjęte z podrzędnego filmu fantasy, ani choeografie rodem z osiedlowego domu kultury. Widocznie nie jestem w stanie wstrząsnąć na tyle moimi przyzwyczajeniami, by zaakceptować koncert, gdzie zarówno gra na instrumentach jak i wokal są puszczane z playbacku i nie wiadomo nawet, czy w tym tłumie hippie-kosmitów znajduje się nasz długo wyczekiwany duet – pod makijażem prawie nie widać twarzy. A i tak bym nic nie zobaczyła, bo najpierw bym chyba oślepła od chojnie używanego stroboskopu. Więc stałam tak patrząc pod nogi i czekająć na koniec, ale jednak wyszłam przed czasem.

UL/KR

0/5 –  To w ogóle jest definitywny koniec.

Kolejna próba zmierzenia się z tajemnicą sukcesu UL/KR zakończyła się porażką, więc mimo, że jest to polski zespół i trzeba wspierać, itd itp – to ja się poddaję. Chowam ich na dno muzycznej pamięci z karteczką „Coma polskiej elektroniki” i nie wracajmy już do tego.

 

***

Podsumowując: Burn Selector Festival 4/5 – muzycznie pyszny, organizacyjne możnaby jeszcze dopracować. O ile tylko niska frekwencja nie okaże się gwoździem do trumny i doczekamy się kolejnej edycji, to warto zawczasu odłożyć na bilet, żeby potem nie płakać że powakacyjna bida i we wrześniu 2014 udać się na dwudniową dawkę muzycznej selekcji pierwszego sortu.

*Zdjęcia, jeśli nie oznaczono inaczej, pochodzą z Instagrama.

Podziel się ze znajomymi!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *