Znana z tego że jest Lana. O fetyszyzacji memów.


 

31.01.2k12 wychodzi płyta Lany Del Ray. Pierwsza płyta. I jest to być może pierwszy przypadek w historii, kiedy czyjaś kariera skończyła się jeszcze przed wydaniem pierwszego albumu.

No dobra, w sumie drugiego, ale tej pierwszej płyty nikt nie widzial na oczy, więc… pics or didn’t hapen!

Mimo że zjawisko Lany Del Ray trwa od sierpnia 2011, to w polskich mediach dopiero teraz – czyli pod koniec stycznia wzbiera fala artykułów i jak zwykle w jednym tygodniu we wszystkich gazetach pojawią się te same, jakże oryginalne tematy, oczywiście z Laną jako głównym story działów kultury. Nie wylączam z tej grupy również mojego bloga, dlatego też poczuwam się do skomentowania tej sprawy.

Zapewne wielu ludzi w ogóle o Lanie Del Ray nie słyszało – i to zapewne ci sami ludzie niedługo wrzucą Gotye na walla na fejsie. Wielu czytelników mainstreamowych tygodników ‚opinii’ dopiero teraz uslyszy całą historię o „pannie Lanie de Ray, a raczej Lizzy Grant, gwieździe internetu, perle wyszperanej na jutubie, którą pokochali internauci i blogierzy. Potem w tym samym artykule będzie niewątpliwie wzmianka o tym ze stworzyła siebie na nowo i przez to jest trochę pozerką, bo jeszcze par lat wcześniej była zupełnie inna. Potem zrobi się jeszcze gorzej, bo czytelnicy tych zostaną jak jeden mąż poinformowani o tym, że twórczość pani Del Ray jest tylko sprytną marketingową sztuczką, że to wcale nie ona, no i że ma bogatego ojca. Ogólnie to kłamczucha z niej jest, więc lepiej jej nie lubić. Bo zmyśla. A usta ma na pewno zrobione!

Dopiero tak wyposażony w wiedzę czytelnik może zakupić jej płytę i słuchać, cieszyć się klimatyczną muzą i fajnością pani Grant o stylówie rodem z hollywood lat 60tych. Biedni czytelnicy nie wiedzą, że są wprowadzania w błąd. Bo Lana już dawno się skończyła.

To my zabiliśmy Amy, a teraz na dodatek to my zniszczyliśmy Lanę. I nie wierzcie gazetom i bezmyślnym dziennikarzom, którzy będą wam wmawiać, że Lana Del Ray jest zdolną piękną piosenkarką, odkryciem roku, kolejna gwiazdą i następczynią Ani z Domu Wina. Nic z tych rzeczy. Lana nie jest gwiazdą. Lana jest memem.

LDR – bo tak pieszczotliwie nazywane jest to śpiewające widowisko – jest praktycznie własnością internetu i internetów. Klikana, ofrankowywana, haszowana, fwdowana i repostowana lana była od sierpnia 2k11 ulubioną zabawką blogerów, indie-dziennikarzy i wszelkiej maści hodowców kontentu, generując im ruch na stronach, a w zamian dostając to co tygryski lubią najbardziej.. FEJMA. I po początkowej eksplozji euforii i epidemii zalewającej coraz większe połacie sieci, po tym magicznym czasie kiedy mem wyłania się z odmętów niebytu by stać się najgorętszym towarem w całej wsi, kiedy budzi niezdrowe podniecenie jako coś nowego i znanego tylko wtajemniczonym – zawsze nadchodzi moment, w któym mem przekraczają pewną masę krytyczną i zwyczajnie się nudzi. Na ogół memorozwtór staje się nasycony gdy przekroczona zostaje magiczna bariera real/virtual i news przedostaje się do mainstreamu – najpierw mimochodem usłyszysz to w radiu, potem twój totalnie lamusowaty znajomy (którego nie wiesz czemu jeszcze nie wywaliłeś ze znajomych) wrzuci to na fejsa po tym jak już dosłownie wszyscy to udostępnili na wallu miesiące wcześniej. Kolejny etap to zmęczenie meteriału – pojawiają się pierwsze irytujaće statusy w stylu „niech ktoś jeszcze napisze że spadł śnieg bo nie zauważyłam” i hejterskie pejdże takie jak Błagam, nie wrzucaj już „Gotye Somebody that i used to know” na tablicę – i wtedy zjawiskiem zaczyna się interesować prasa jako czymś nowym i świeżym. O TV nawet nie wspominam, bo nie używam, ale podejrzewam że nie po to istnieje żeby być na czasie, tylko po to żeby copywriterzy mogli produkować fajne reklamy a pisarze sprzedawać scenariusze do seriali.

I właśnie wspomniana Lana Del Ray, z jej nadymanymi ustami obrażonej dziewczynki, z jej dziwnie zezowatym spojrzeniem (or it’s just me?), nic w zasadzie nie robiąc, uruchomiła tę lawinę, która nieuchronnie musiała się przeistoczyć w internetową machinę zniszczenia.

Nagle przestało już być modne jaranie się jej DIY videosami – modne stało się nabijanie się z jej wyglądu, imienia , imienia, maniery wokalnej itd. -słowem, stała się bazą do powstawania kolejnych poziomów memów, i to wcale nie tych pochlebnych.

Ironii sytuacji dodaje fakt, ze gwoździem do jej wirtualnej trumny był występ znany pod wiele mówiącą nazwą #LDRSNL.Zreszta ldr sama sie podłożyla swoi stwórcom, dając beznadziejny występ, który wręcz w dobrym tonie bylo zjechać przynamniej na tweeterze. Mi też się nie podobało. Tak samo jak pierwsze official video ldr. To już nie to samo co video games, które kocham nad życie i będę się pojedynkowac z każdym kto twierdzi inaczej. Lana z telewizji to już nie to samo co Lana z intenretu. To jest jak inna osoba, to nie jest już nasz memofetysz. Nie ekscytuje, nie jest naszą mała tajemnicą o której nie wie mainstream i dlatego jest cenna – zarówno jako jako obiekt kompulsywnego buzzu jak i nieposkromionego hejtingu. Piękny mem lany Del Ray przeszedł do historii wraz z pierwsza wzmianką na gazecie.pl, artykułem w New Yorkerze i nutką w Radiu Cz.Z. Niech Lana robi co chce, ale magiczna moc internautowej namiętności już ją opuściła.


Jak celnie puentuje Caramanica z New Yorkera, równie dobrze Lana może teraz wybrać sobie nowe imię i wizerunek i za parę lat wrócić jako kolejny wymyślony przez siebie kontent służący do podbijania seo, generowania kliknięć i unikalnych odwiedzin na pożalsięblogach okołokulturowych (w tym moim, oczywiście 🙂 ).

Jakie wnioski można wyciągnąć z tej historii? Lana del Ray jak kometa przeleciała przez sieć, zostawiając za sobą długi jeszcze świecący ogon. Jasnym punktem i ważym głosem w tej historii jest autor bloga HipsterRunoff, którego analizę wzlotu i upadku memu ldr uważam za pozycję obowiązkową dla każdego szanującego się netyszysty. Carles, z typowym dla siebie ironicznym poczuciem humoru dzieli wręcz historię na erę przed i post-LDRową, a wraz ze zniszczeniem jej memu obwieszcza zakończenie pewnej epoki dla blogów żyjących z nowinek muzycznych. Roztacza apokaliptyczną wizję świata, gdzie już nic nigdy nie wzbudzi w nas takiej euforii jak Lana. Ale brzmi to trochę jak lament kogoś ze złamanym sercem, przekonanego że już nigdy się nie zakocha bo nie spotka drugiej tak wspaniałej istoty. Śmiem twierdzić, że to nieprawda i mimo całej mojej miłości to Lany z Internetu, to obawiam się że wcale nie była ostatnia.


Podziel się ze znajomymi!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *