30-latki na zakrecie. Recenzja „Londyn NW” Zadie Smith

 

Londyn NW
 

Najnowsza powieść autorki bestsellerowych Białych zębów i O pięknie

Problem z notatkami prasowymi wysyłanymi przez wydawnictwa nie leży w tym, że ich autorzy za arcydzieło uważają każdą książkę wydaną w swoim wydawnictwie, a geniuszem okrzykują każdego, kto ma szansę przynieść im zysk. Może nie jest to najsubtelniejszy marketing, ale kto powiedział, że reklama i piar powinny być subtelne – one mają być po prostu skuteczne. A jak już kupisz, to kij w oko czy w ogóle przeczytasz, a tym bardziej czy Ci się spodoba. Tym bardziej jak przeczytasz entuzjastyczny cytat z New York Times Book Review –  chyba nie ośmielisz się wątpić w ich opinię?

 

Absolutnie olśniewająca. Elektryzująco autentyczna. – Time

Tak więc czytam tę olśniewającą książkę i trochę mi głupio, a trochę wstyd, bo jak ma olśniewać, skoro nie olśniewa. I teraz nie wiem – czy ze mną jest coś nie tak, czy może te recenzje są jakieś dziwne. Ale że takie ładne i optymistyczne, to aż sobie  wkleję do notki, żeby było na co popatrzeć. Poniżej widzimy np.  doskonale spreparowany kontent do wklejania jako copypasta do różnych opisów i recenzji, należący do gatunku literackiego „notka prasowa” (czy istnieje w ogóle coś takiego jak „literatura reklamowa”?). Zwraca uwagę jej zwięzły i prosty, a zarazem komunikatywny charakter – po jednym zdaniu złożonym o każdym bohaterze plus zdanie zbiorcze. W zasadzie tak właśnie zbudowana jest powieść Zadie.

 

Keisha, Leah, Nathan i Felix – kiedyś przyjaciele ze szkoły, dziś niewiele ich ze sobą łączy. Keisha, przebojowa prawniczka, konsekwentnie realizuje swój perfekcyjny plan na życie. Leah ma przystojnego męża, ukochanego psa i wyjątkowy talent do pakowania się w kłopoty. Nathan, obiekt ich dziewczęcych westchnień, dziś jest kloszardem i narkomanem. Felix porzuca plany zrobienia wielkiej kariery filmowej i postanawia pójść za głosem serca.

Akcja „Londyn NW” opiera się na pomyśle, że pomimo wspólnego startu, każdemu w życiu układa się różnie. Tę prawdę potwierdzi mniej więcej każdy, kto był na spotkaniu z okazji 10-lecia matury, albo ukończenia podbazy. Całe szczęście nie każdy, dokonawszy tego niesłychanego odkrycia,  wpadł na pomysł, by napisać o tym książkę.

Każdemu z czwórki bohaterów Zadie poświęca jeden rozdział książki – siłą rzeczy poznajemy ich tylko pobieżnie. Pisarka ma ambicję by każdemu nakreślić portret dojrzewania od dzieciństwa po dorosłość z rodziną, karierą, miłością, polityką i dzielnicą w tle, co przy 100. stronach na łebka wydaje się zadaniem karkołomnym. Ale wtedy patrzę na kompaktowy geniusz notki prasowej i opuszczają mnie wszystkie wątpliwości.

Prawdopodobnie, gdyby porządnie rozwinąć każdą z tych historii wyszłyby z tego cztery fajne powieści. Ale połączone w jedną książkę tworzą tylko „szalony spacer w labiryncie ulic londyńskiej dzielnicy NW” – zgiełk, chaos i kupa przechodniów, aż nie wiadomo na czym skupić wzrok w tym natłoku wrażeń.

Ledwo człowiek zdąży zanurzyć  się w historię skrytej lesbijskiej fascynacji Leah, już zostaje wyrzucony na brzeg mieszkania narkotykowej królewny, którą w kąpieli odwiedza dawny kochanek. Już prawie zaczynamy rozumieć co między nimi zaszło, gdy ostro skręcamy w historię trochę autystycznej zdolnej prawniczki, która za wszelką cenę chce osiągnąć sukces, tylko nie wiedzieć czemu opowiedziana jest w formie 185-ciu mikroopowieści. No chyba że kondensacja treści. Potem jeszcze szybki joint z kolegą-dealerem i  finał, który zastaje nas zbyt skołowanymi, by poczuć jakiekolwiek emocje.

Sprawy nie ułatwia fakt, że Londyn u Zadie „jest  kulturowym tyglem, który tętni muzyką, uwodzi, odurza i uśmierca”. Każdy bohater to imigrant z innego rejonu świata, reprezentujący odmienną kulturę, klasę społeczną i ambicje. Chaos potęguje dodatkowo z uwielbieniem stosowana przez Zadie elipsa, przez co każdy rozdział staje się łamigłówką, której sens odkryjemy dopiero w dalszych częściach książki, albo wcale.

 

Smith jest geniuszem miejskiego realizmu. – New York Times Book Review

Jarniewicz, by opisać styl Zadie Smith w swej recenzji przywołuje „Ulissesa” Jamesa Joyce’a. I choć to porównanie nigdy nie wpadłoby mi do głowy, podczas lektury nie raz zdarzyło mi się zatęsknić za realizmem Franzena. Choć skoro Zadie określana jest teraz mianem „geniusza miejskiego realizmu” to może nie wypada już tęsknić za „jednym z najpopularniejszych amerykańskich powieściopisarzy, nazywanym przez prasę spadkobiercą takich tuzów jak: Saul Bellow, John Updike czy Philip Roth”, ale kto jeszcze wierzy prasie? W sytuacji gdy język marketingu funkcjonuje jedynie w stopniu najwyższym trudno jest ustalić jakąś hierarchię wartości.

Monotonia języka promocji znajduje odzwierciedlenie w monotonii tłumaczenia „Londyn NW” autorstwa Kozłowskiego. Choć żywy i bogaty język, z którego znana jest pisarka momentami zdaje się przebijać przez przez beton polskiego przekładu,  to próżno szukać na tym językowym klepisku takich drobiazgów jak dialekty różnych grup etnicznych, wypowiedzi slangowe, indywidualny styl poszczególnych postaci, czy akcentowanie różnic klasowych poprzez językowe niuanse. Przerwy w tęsknocie za „Wolnością” wypełniałam więc fantazjami o tym, jak poszczególne dialogi mogły brzmieć w oryginale i czy nie lepiej byłoby czytać wersję angielską.

 

To najbardziej radykalna, ironiczna, a zarazem przejmująca powieść Zadie Smith o współczesnych trzydziestolatkach.

Mimo szczerych chęci, nie udało mi się dociec co tak radykalnego autorzy notki ujrzeli w nowej powieści Zadie. Nie sądzę, by chodziło im o czwórkę głównych bohaterów – ci  z powodzeniem mogliby zostać bohaterami jakiejś brytyjskiej wersji “Klanu”. Ironii i poczucia humoru też raczej jak na lekarstwo, choć nie wykluczam, że zagubiły się w przekładzie.

Możliwie, że recenzenci z wydawnictwa obdarzeni są jakąś wyjątkową wrażliwością i empatią – to by tłumaczyło pomysł, by określić powieść Zadie jako przejmującą. Nie chcę się w tym miejscu broń boże naśmiewać, bo przecież to możliwe, że dla kogoś ukończenie 30-tego roku życia jest wydarzeniem przejmującym, okazją do uświadomienia sobie, że życie raczej nie ma sensu, marzenia kończą się rozczarowaniem i nie jesteśmy zadowoleni z naszych wyborów. Cóż, lepiej późno niż wcale. Problem w tym, że z powieści Smith nie dowiemy się niczego, co nie byłoby opisane już wiele razy (czasem dużo lepiej) w innych powieściach, filmach i serialach o pokoleniu 30-latków.

 

Może to wygórowane oczekiwania, ale od powieści (niekoniecznie nawet napisanej przez „geniusza realizmu”) oczekiwałabym jeśli nie pogłębienia refleksji, to przynajmniej innego spojrzenia na powszechnie znany problem. A nie refrenu „życie, życie jest nowelą” wyśpiewanego po raz tysiąc setny tylko tym razem w miksie etnicznym rodem z reklamy Bennetona.  Książkę polecam więc fanom telenoweli, ja tymczasem wracam do Franzena.

 

Zadie Smith
„Londyn NW”
Wyd. Znak 2014

 

Podziel się ze znajomymi!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *