Długość Dźwięku Magdalenki

Powiedzcie mi proszę, jak działa pamięć, że włączając OST do bajki, którą oglądałam w wieku 4 lat przed oczami przewijają mi się wszystkie sceny z filmu i czuję dokładnie te emocje, które czułam jako dziecko, tylko 10 x mocniej? Nie tylko te zresztą – równie mocno uderza mnie ogromna nostalgia za utraconym czasem i bezpiecznymi czasami dzieciństwa, kiedy wszystko jeszcze mogło pójść dobrze. A wszystko przez motyw z „Farmer’s Trust” Pata Metheneya znaleziony w zestawieniu SO, który przypomniał mi o mojej ukochanej bajce.

Znacie dobrze efekt magdalenki, to niesamowite uczucie podróży w czasie, a nawet zaniku czasu na rzecz transcendentalnego poczucia, że wszystko jest jedną chwilą, całością dziejącą się tu i teraz. W moim przypadku muzyka działa lepiej niż smaki czy zapachy – w ogóle muzyka wyzwala we mnie najwięcej emocji ze wszystkich gałęzi sztuki, w przypadku pamięci nie mogło być inaczej.

Wielką tajemnicą jest dla mnie to, w jaki sposób dźwięk balsamuje emocje i wspomnienia – słysząc piosenkę momentalnie przenosisz się do momentu, z którym dany dźwięk Ci się kojarzy, jakby przewinąć życie taśmę w magnetofonie z naciskiem „przeżyjmy to jeszcze raz”.

Słucham dalej soundtracku do „Land Before Time” i zastanawiam się, czy tak wyraźne obrazy z filmu, które właśnie przemykają mi w wyobraźni w towarzystwie tsunami uczuć wylewającego się na policzki to zasługa genialnej kompozycji Jamesa Hornera, o której jedna z komentatorek pisze tak:

Jess Anderson: „how is it that this perfectly captures majestic, lumbering dinosaurs? HOW CAN MUSIC BE DINOSAURS?? EXPLAIN.”

a może doskonałości tego pierwszego filmu, który zapowiedział nadchodzącą w Hollywood „erę dinozaurów”? Wszak pracował nad nim zespół, który miał wkrótce zająć pozycje najważniejszych twórców kina (Don Bluth – reżyseria i animacja, Steven Spielberg i George Lucas jako producenci),

czy może dlatego, że typowo dziecięcym zwyczajem, obejrzałam tę bajkę dziesiątki, a może nawet setki razy?

Sam film, niezbędnik każdego dzieciaka, to imponujący warsztatowo, metaforyczny obraz wojny i emigracji. Wielkie trzęsienie ziemi które podzieliło rodziny i wprowadziło chaos w spokojne życie dinozaurów, zmuszając osieroconą międzygatunkową gromadkę  jr dinozaurów do wyruszenia w trudną podróż w poszukiwaniu Zielonej Doliny –  mitycznej Ameryki. Jakby dla potwierdzenia tej metafory, Mała Stopa zawsze podróżuje z zielonym listkiem otrzymanym od mamy, zwiniętym w rulon tak, jak zawija się banknoty.  Nigdy nie zapomnę przesłania tego filmu, które wydaje mi się, że ukształtowało moje życiowe poglądy – wierzyć w równość ludzi we wszystkich kształtach i kolorach, wrogów pokonywać drużynowo i konsekwentnie dążyć do wymarzonego celu, nawet jeżeli jedyne co wiemy, to że należy kierować się w stronę zachodzącego słońca.

Mam przed oczami scenę, jak razem z 3-letnim braciszkiem i dwoma mini-kuzynkami raczkujemy po podłodze z przyczepionymi papierowymi ogonami, odgrywając scenki z filmu. Bawimy się beztrosko w dużym pokoju na 17 piętrze bloku w Montrealu, z balkonu widać bezkresne jezioro Ontario. Rok wcześniej wyemigrowaliśmy z Polski Ludowej, w której niedługo potem miały się rozpocząć fale strajków skutkujące finalnie obradami Okrągłego Stołu. Ale oni o tym nie wiedzieli. Z pomocą dziadków postanowili wyemigrować na Zachód w poszukiwaniu swojej własnej Zielonej Doliny. Przyjechali do miasta, w którym już wcześniej zamieszkał wujek z rodziną. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności udało się wynająć mieszkanie w tym samym bloku, stworzyć własne stado.

Niestety nie zdążyliśmy zyskać statusu uchodźcy – Okrągły Stół rozwiązał wiele problemów w kraju, ale pokrzyżował plany wielu Polakom próbującym ułożyć sobie życie na emigracji. Każdy z nas dostał od rządu kanadyjskiego – zamiast wymarzonego obywatelstwa – bilet powrotny do Polski. Niestety ta wspaniała dla naszego kraju chwila była dla mnie momentem niewesołym – podobnie jak filmowe trzęsienie ziemi, zmiana systemu w Polsce rozdzieliła na zawsze moją rodzinę przepaścią wypełnioną oceanem.

Mi natomiast pozostało szukanie zielonych listków w kraju, do którego nie chciałam wcale wracać, bo lubiłam moje kanadyjskie przedszkole, zabawę w kulkach i makaron w kształcie literek. Jednak los chciał inaczej i przekierował moje zachodnie aspiracji z powrotem na wschód, zmuszając do chodzenia w fartuszku leżakowania i jedzenia szpinaku w kształcie krowich placków. Ostatecznie pogodziłam się z faktem, że moje życie nie będzie spełnionym kanadyjskim snem. I tylko czasem, gdy słucham dream popu montrealskich rówieśników, myślę sobie, że przy odrobinie szczęścia to mogliśmy być my.

 

Podziel się ze znajomymi!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.