Muzyczne podsumowanie półrocza

Zapraszam do przeglądu moich ulubionych tunesów z pierwszego semestru 2019: 12 albumów i 8 piosenek, które zapamiętam na dłużej. Poniżej plejlista tworzona na bieżąco od początku roku, na ogół na podstawie materiałów dostarczanych przez najlepszego polskiego DJa i muzycznego resercheara, pana Carpigiani


12. Big Thief – UFOF

Damski odpowiednik Eliotta Smitha, na dodatek żywy i tworzący piękne piosenki na podkładach emocjonalnie rezonujących z refleksyjnym Radiohead i zawadiackim Alexem G (Sandym) – czyż mogę prosić o więcej? Jest melancholijne piękno nieoczywistych harmonii, smutek minorowych gitar, perka wysuszona jak wypłakane oczy, zmiany rytmiczne jak zatrzymane serce na widok kogoś, kogo chciałaś już nigdy nie spotkać. Jedhyny problem, że jakoś w połowie albumu formuła się wyczerpuje i robi się najzwyczajniej w świecie nudno.

11. Benny Sings – City Pop

Kompletnie zauroczył mnie ten holenderski sophisti-popper. Bezpretensjonalnością, pozytywną energią, skromnością, basem wyginamym jak guma, wokalem przypominającym wyczilowanego Micka Hucknalla z Simply Red. I choć w zasadzie Benny gra cały czas jedną piosenkę, to nikomu to nie przeszkadza. Bo to bardzo miła piosenka. 

10. Sokół – Wojtek Sokół

Polska odpowiedź na 4:44, dowód, że może istnieć dorosły nadwiślański rap – tako rzecze praojciec Wojciech. Czterdziestoletni raper jest bliżej rzeczywistości i prawdy niż młodzi kolędnicy. Teksty bardziej jak książki niż lista zakupów w Vitkacu. Modlitwa o miłość zamiast modlitwy o hajs, wątpliwości w miejsce pewności, sny i wizje w miejsce narkotycznych wypraw. Najlepszy storytelling w grze i bezbłędna produkcja, choć zabrakło tu – wzorem J Hovy – energii i przebojowości. 

9. Cass McCombs – Tip of the Sphere 

Kolejna porcja singer/songwriterskiej krainy łagodności. Kremowa konsystencja Cassowego sophisti-folku to idealny miks intymnych uczuć o małej amplitudzie, niegroźne dla serca, nie powoduje alergii, do użytku codziennego.

8. Brian Ellis – Deep Clues EP

Kolejna porcja retromańskiego synth funku od jednego z moich ulubionych Brajanów muzyki. Amerykanin nie próbuje ani przez chwilę nawiązać łączności ze współczesnością. Czerpie inspiracje z 70-sowej psychodelii i 80-sowego synthpopu, ale nie preparuje pastiszy, nie śpiewa „kiedyś to było”. Po prostu tworzy swoją unikalną, niepodrabialną muzykę, która jest poza czasem i ma wyjątkową właściwość, że słuchając czujesz, jak wielką przyjemność sprawia ona autorowi.

7. Weyes Blood – Titanic Rising

Rzadko słucham Natalii, bo wtedy zawsze chce mnie ściska w gardle. A to między innymi dlatego że: 

  • śpiewa moje myśli
  • komponuje zajebiste melodie
  • ma piękny głos i lubi wielogłosowe harmonie
  • pisze intymne, egzystencjalne teksty
  • trochę chciałabym być nią, a trochę ona jest mną.

Ale druga połowa Tytanika już trochę nudnawa i wtórna, dlatego jednak poza pierwszą piątką.

6. Ed Mount – Left My Heart EP

EPka nikomu nieznanego artysty, który nawet nie jest skatalogowany na RYMie, to zestaw pięknych sophisti-r’n’b perełek o inspiracjach rozciągających się od Steely Dan po Timbalanda. Przy czym unikalne, mięciutkie i błyszczące jak aksamit brzmienie Edmunta sprawia, że daje się go rozpoznać po jednej nutce. 

5. Pixx – Small Mercies 

Przyjemność eklektyczności. Pierwszy kawałek myślę – o, rewelacyjny elektro pop. Drugi kawałek – wait what? Czy Spotify znowu włączył mi shuffle? Bo leci rasowy post punk wyjęty spod 90-sowego glana. A nie, wszystko w porządku. Hannah ma po prostu twócze ADHD i nie chce trzymać się jednego gatunku, bo i po co – to w końcu jej album. Zgodnie z heglowską dialektyką trzeci kawałek to przykład znakomitego  elektropunku, który na dodatek pędzi jak krautrockowa lokomotywa Neu!. Potem robi się bardziej 70-sowo, Pixx brzmi jak Nico, syntezatory szaleją jak Bach na koncercie Kraftwerk. Potem czas na 80-sowy new wave z kosmicznymi klawiszami. I można tak track po tracku bawić się w chowanego z doskonałym gustem londynki, można bez końca rozwiązywać rebusy muzyczne, więc jeśli ktoś lubi takie zabawy, to czeka was tu niezła nerdowska uczta. 

4. American Football – American Football (iii)

No nic mnie tak nie rozwala jak chórki, a Kinsella i koledzy umieją rozciągać melodie na kilku płaszczyznach tak, by powstało najprawdzisze muzyczne umami. Album malarski, gdzie i słowa i melodia są podporządkowane nadrzędnemu imperatywowi moodu, gdzie dźwięki są jak plamy emocji, dotknięcia czegoś poza słowami i nutami. Podoba mi się, że brzmienie jest tu trochę schowane – nieostre, rozmyte, jakby gdzieś na drugim planie, bokeh – rozmyte tło, które wyodrębnia główny motyw na fotografii – nas samych. 

3. Carly Rae Jepsen – Dedicated 

Już myślałam, że jestem stracona dla projektu CRJ. Że to nie muzyka dla mnie. Że jest w tym perfekcyjnie spreparowanym popie coś zbyt sztucznego, bezosobowego, bym mogła się z nim utożsamić. No i stało się. Wpadłam. Nie wiem, czy Carly stała się bardziej ludzka, czy ja trochę mniej, ale się do siebie zbliżyłyśmy i wreszcie mogę docenić jej poświęcenie. “Dedicated” jest najeżony hiciorami, różnorodny, zabawny, sprytny i dostarcza przyjemnych uczuć, przy czym nie jest męczący ani się nie nudzi i można go słuchać na okrągło. Wiem, sprawdzałam.

2. Jessica Pratt – Quiet Signs

Moje tegoroczne odkrycie i instant love. Gdy słucham Jessiki czuję, jakbym odnalazła bratnią duszę, jakby wysłanniczka Miasta Aniołów grała na strunach emocji wszystkie dźwięki, które mnie dotykają do głębi. Tylko taka kruchość i bezbronność może przebić się przez mój pancerz obronny. Obok Franka Oceana, była moją największą inspiracją przy pisaniu albumu. Nie będę tu się więcej rozwodzić, bo to jest muzyka do medytowania a nie do gadania. Sprawdźcie same.

  1. Tyler the Creator – IGOR 

Co tu się dzieje, proszę państwa, co tu się wyprawia. Energia buzująca w IGORZE, mnogość pomysłów, zajebistość tego materiału, który zarazem brzmi jak zabawa niesfornego dziecka w superdrogim studio nagrań jego ojca. Tyler-Igor jest bezczelny. Bezczelnie pewny siebie. Nie podpisuje nawet artystów z którymi gra, choćby był to sam yeezus. Wyjebane na to. Jest przecież w twórczym szale, DO NOT DISTURB, nie do końca rozumie co robi, ale musi to robić, to silniejsze od niego. To jest niebezpieczne (IGOR’S THEME zajechane na ripicie), to się zbliża, to jest tak bardzo szczere i dzikie, że jeszcze jeden krok i rozwali ci łeb. Jak rozpieprzony związek z którego już trochę zdążyłaś się pozbierać. I z tej całej żałoby nagle masz straszny power, choć cały czas jest ci tak kurwesko źle. I w tym szale twórczym, z tej całej rozpaczy tworzysz – i tworzysz zajebiście. Za nawiązanie do “Call Me by Your Name” i Odd-Future’owy mostek w “I Think”. Za kosmiczne arpeggiatory i wokalne harmonie w “Running out of Time”. Za niemiłosiernie złowieszcze bity w “White Magic” i “What’s Good”. Za najweselszy bezdenny smutek w “Gone Gone”. Za nieskalaną dynamikę i wyczucie rytmu. Za doskonale dobrane ficzeringi. Za „fuzję nostalgii z energią”, jak powiedział klasyk. Niepodrabialny styl pomimo stosunkowo prostych piosenek. Świetne przejścia między kawałkami. Za słodycz, strach i rozpacz, za opowieść o poddaniu się miłości – i przegraniu. Które mozolnie przekuwasz w wygraną. Za mój ulubiony album Tylera i tego półrocza.


8. Alaskaalaska – Heaven

Najpiękniejszy bas tego półrocza, odnalazłam w kawałku, który wywołuje we mnie wizję radosnego landszaftu spod pędzla Boba Rossa: nieskalany głos Lucindy jest jak świetlista dolina, po której wierzga nieokiełznany basik. W oddali, tam gdzie błękitne góry, wyją gitary, a w jeziorku na skraju iglastego lasu kumka sobie „happy little synth”. 

7. Molina – Venus

Kobiecy odpowiednik Elbrechta? 24-latka z Kopenhagi w podobnie uwodzący sposób łączy kosmo-optymiczne, 80-sowe synthy z gotyckim klimatem zamglonego cmentarzyska z horroru klasy B. Plus szugejzowe gitary i mocny reverb na głosie i mamy liderkę dream popu, która zostawia jakieśtam Clairo i Hatchie daleko w tyle, w świecie sennej nudy i banału. 

6. Friendly Fires – Lack of Love

Niezawodna fabryka letnich bangerów wypuściła kolejny doskonały model, który mknie przez fale jak luksusowy jacht, potem przybija do piaszczystej plaż nad kryształowo czystą wodą i roztapia cię w słońcu tylko po to, by po chwili porwać z lodowatym drinkiem w dłoni na beachbarowy dancefloor, gdzie wszyscy noszą hawajskie szorty i palemki od drinków za uszami. 

5. Octo Octa – I Need You

Przezdolna producentka z Chicago, która zdefiniowała housowe brzmienie 10-sów nie odpuszcza i prezentuje nam mini-EP z jednym wyjątkowo zaraźliwym kawałkiem. Mantrujące “I Need You” unosi się jak satelita w psychodelicznym, wielowymiarowym wszechświecie o strukturze mandali, gdzie łączą się królestwa rejwu, ambientu, house’u i dubu. 

4. Pixx – Andean Conor 

Uzależniający elektropop w przedziwnej tonacji, która jednak świetnie pasuje do głosu Hannah Rogers. Wracają mi wspomnienia z The Knife circa Deep Cuts, ale już bez tej wokalnej maniery, która zepsuła dla mnie wokalistki świata na co najmniej dekadę (w Polsce oczywiście jest to aktualny trend w mainstreamie). Ale wróćmy do przyjemości. Najbardziej obsesyjnie reaguję na refren („I want to get to know you, but I’ll probably wont blow you”), kiedy usłyszałam go w Cafe Kulturalnej to nie spoczęłam póki barman nie pokazał mi kto gra i co to za utwór, bo nie nie mogłam go wyłapać na Shazamie . Czy już wspominałam o wspaniałym mostku z echami „Hotline Bling”?

3. Ariana Grande – 7 Rings
Rytmiczna przeplatanka wokalu i bitu sprawia, że nie da się nie podrygiwać do tej konsumpcyjnej wyliczanki, mimo moralnego sprzeciwu. I jak tu wygrać z kapitalizmem, skoro nas tak chytrze przekupuje?

2. Sega Bodega – Mimi

Złowrogi, zmutowany r’n’b, z którego wydobywa się jakiś post-humanistyczny gotyk czasu apokalipsy. Ponury, auto-tune’owy wokal, rozpadające się jak klocki Lego zakończenie i skradający się bit tworzą unikalną atmosferę tego kawałka, której w podobnym nasyceniu nie znalazłam nigdzie indziej w tym półroczu, a jednak jej obietnica czaiła się w wielu różnych miejscach.

  1. Eva – Cry

Anielski wstęp w ogóle nie zapowiada, że za chwilę przeniesiemy się w czasie do roku 1999, by poczuć się znowu jak nastolatka po raz pierwszy słysząca “…One More Time” i “Genie in a Bottle”. Wokalistka odbywająca aktualnie trasę koncertową w chórku Blood Orange dokonała rzeczy niebywałej – stworzyła piosenkę brzmiącą jak zaginiony hit z czasów gdy teen dance-pop królował na MTV, a zarazem tak świeżą, że w 2019 brzmi jak coś z przyszłości – może dlatego przeszła praktycznie niezauważona. Oby Eva wyszła z tego czasowego limbo i powróciła na ziemię tu-i-teraz, z pełnokrwistym albumem. 

Podziel się ze znajomymi!