Muzyka 2019

1. Sega Bodega – mimi
Złowrogi, minimalistyczny singiel brytyjskiego producenta brzmi jak nowy gotyk, jak post-humanistyczne horror r’n’b. Ponury, auto-tune’owy wokal, rozpadające się jak klocki lego zakończenie i skradający bit w „mimi” są tak unikalne, że przez cały rok nic nie usłyszałam nic podobnego.

2. Lucinda Chua – Feel Something
Za skręcający w sercu refren. Wzruszające wyznanie “I just wanna feel something” spotęgowane pochodem smyczków które zmusza nas do czucia, czucia, które jest nie do zniesienia, od którego chcemy uciec. Cóż za prawdziwe, katartyczne doświadczenie!

3. Tei Shi – A Kiss Goodbye
Nagroda za najlepsze wykorzystanie dżingla z McDonald’s.
Nagroda za najlepsze połączenie efemerycznej bossa novy i r’n’b
Nagroda za najpiękniejsze poprowadzenie wokalu zwrotki oraz pierwszej i drugiej części refrenu na banalnie prostej, 4-akordowej podstawie która trwa przez całą piosenkę.
Nagroda za ultra-ciężki mostek, który wciąga resztę piosenki w czarną dziurę i zmusza wokalistkę do zejścia z chmurki i obniżenia tonacji o oktawę.

4. Friendly Fires: Sleeptalking
Nie wiem co powiedzieć o tym kawałku. Jest moją tegoroczną obsesją. Słuchałam go tyle razy, że trafił na 1 miejsce moich ripitów na Spotify. Nagrałam własną wersję, którą zaśpiewałam na koncercie. I nadal nad nią pracuję. Kawałek, który w idealnych proporcjach łączy moje ulubione elementy: pop, hip hop, house. Która ma zajebisty groove i nieoczywiste, podwójne akordy których nie da się namierzyć. No i akrobatyczny wokal w stylu George’a Michaela.

5. Christelle Bofale – U Ouchea
Za cudny, falujący gdzieś w dysharmoniach głos, który sprawia, że cała piosenka rozlewa się jak zegary u Salvadora. Kawałek brzmi jakby spadał bez końca. Czasami jak tego słucham (a słucham często) wydaje mi się, że Christelle śpiewa dźwięki, których nie ma w naszym świecie, że pochodzą z jakiejś innej skali modalnej. Plus za długość (7:28) i niespieczne outro.

6. Sam Sparro, We Are KING – Outside the Blue
That’s all I wanted
Something special, something sacred
In your eyes
For just one moment
To be bold and naked
At your side
Sometimes I think that you’ll never
Understand me
Maybe this time is forever
Say it can be, whoa

7. Shura – skyline, be mine
Nie udawajmy, że w closerze Alexandry Denton chodzi o coś innego niż antycypujący nostalgię refren. Pierwsza połowa jeszcze nie zapowiada, co się dzieje w drugiej, gdzie leci dream popowy soczek z absolutu mbv, lekko rozwodniony, dzięki temu możliwy do powtarzania i do zniesienia. Jak dla mnie “be mine” z tą pojedynczą wysoką nutą mogłoby się zapętlać na wieczność – chyba dla Shury też, bo dokładnie to zrobiła w drugiej połowie. Jeszcze jak!

8. Kaz Bałagane – Toito
Od czasu SCiB wiedziałam, że Kazek jest tekstowym grubasem, ale jednak zawsze pierwsze miejsce zarezerwowane miałam na Młodego Gdynianina. TO sprawiło, że po raz pierwszy się zawahałam. O bitach APmg nawet nie wspomnę, bo są najlepsze w branży. Ale poziom tekstowego POJEBANIA jaki tu się odbywa sprawia, że nie mogę przestać słuchać i się dziwować. I się wsłuchiwać. Po jakiemu mówi Kazek? Czy ten język istnieje, czy wrzuca randomowe słowa na miejsce tych, które mu się znudziły? Mówię, że to i to.

9. Mega Bog – For the Old World
Za najlepszy impresjonizm emocjonalny roku – eksperymentalna forma od pani Erin Elizabeth Birgy, przenoszącą nas od progowej idylli letnich flecików dosłodzonych miodnym głosem (prawie) Laetitii Sadier, która powoli ciemnieje, chmurzy się, jesiennieje, aż zrywa się burza w postaci jazzującego, mrocznego finału, gdzie smyczki budzą we mnie wizje nadlatujących stad ptaków na tle zachmurzonego nieba. Na szczęście wszystko kończy się dobrze i fleciki na samym końcu nas jednak ratująi.

10. ALASKALASKA – Heaven
Ten kawałek czyni “nie znoszący sprzeciwu” dźwięczny bas, który skacze niespokojnie wokół nieskazitelnej linii wokalu Lucindy Holman, owianej jeszcze dodatkowo flecikami dla większej anielskości. Ale fleciki są zbędne, jej głos jest czysty jak strumienie Alaski i niewinny w sposób nieosiągalny dla wszelkich soccer mommych i clairosek tej ziemi.

Plejlista singlowa

Magda, to Igor, Igor, to Magda – poznajcie się. A wy poznajcie top 10 moich ulubionych albumów 2019.

1. FKA twigs – MAGDALENE
Perfekcja przełożenia wizji na muzykę, która jest jednocześnie osobista i uniwersalna, nieskazitelnie wyprodukowana i nasączona autentycznymi emocjami. Na taką twigs – dojrzałą, skupioną na sobie i swoim celu, obsesyjną perfekcjonistkę w pełni sił twórczych, wokalnych i fizycznych, naginającą talent najwybitniejszych producentów do swojej woli, czekałam od 2013 roku.

Highlight: https://www.youtube.com/watch?v=hky6cifwWyo

2. Tyler, the Creator – IGOR
Za skompresowany, esencjonalny, świetnie poprowadzony album w duchu popowych mega-produkcji Kanyego (też nie wymienia nigdzie “kolaborantów”), w którym dzieje się dużo, ale nigdy nie następuje bałagan. Za pisanie z brutalną, czasem-niewinną-czasem-narcystyczną szczerością, która zawsze dostarcza rozrywki słuchaczom. Za przekorę w śpiewaniu o miłości – „Stay the fuck away from me” jako wyraz najwyższego uczucia, radosny break-up hymn „Whether it’s rain or shine, I know I’m fine for now / My love’s gone”. Za to, że pamiętam każdą nutkę i moc tekstów z AJGORA. Bo samo weszło.

Highliht: https://www.youtube.com/watch?v=mdCyzJT59nw

3. Men I Trust – Oncle Jazz
ASMR dla fanów indie popu. Trzeci album montrealskiego trio z miejsca znalazł się na mojej plejliście Calm oraz w tym oto rankingu. Może to zasługa dołączenia przezdolnej wokalistki i gitarzystki Emmy Proulx do zespołu, może cichego, mięciutkiego miksu, który złagodził ich brzmienie, a może tego, że MIT udało się wydać 70 minut spójnego-acz-zróżnicowanego materiału, którego słucha się niczym kanadyjskiej wersji Krainy Łagodności.

Highlight: https://www.youtube.com/watch?v=qQvCGbWL_YQ

4. Friendly Fires – Inflorescent
Postępująca housyzacja FF w ogóle mi nie przeszkadza, wręcz przeciwnie – trio z St. Albans dostarcza mi coraz więcej przyjemności. Może to właśnie przez ich rockowe korzenie tegoroczny “Kwiatostan” to niebanalna, “ludzka twarz” muzyki tanecznej, stojąca w opozycji do wszechobecnego dziś “zimnego” i “odczłowieczonego” EDM. To uzależniające hooki, uwodzące muśnięcia french touchu, r’n’b i sophisti popu na dancefloorze oraz oczywiście Ed “George Michael” Macfarlane tańczący piruety na mikrofonie.

Highlight: https://www.youtube.com/watch?v=2z91Ztq8tEs

5. Jessica Pratt – Quiet Signs
Ktoś powiedział o jej muzyce, że jest obca i bliska jednocześnie. Głos Pratt jest dziwny, nosowy, jakby złamany. Czasem brzmi jak staruszka-gawędziara, a czasem jak nawiedzone dziecko. Aranżacje na “Quiet Signs” aurę dziwności tylko pogłębiają, czujemy się jakbyśmy byli jedyną publicznością na pustej sali, a zarazem świadkami misterium odbywającego się na skąpo oświetlonej scenie. Często się zastanawiam, jak to możliwe, że coś tak oszczędnego, subtelnego, ledwo słyszalnego jak muzyka Amerykanki uniknęło zakrzyczenia i zdeptania przez Świat i Branżę. Cóż, widocznie nie tylko ja widzę w tym jakąś świętość.

Highlight: https://www.youtube.com/watch?v=aQ_rNueR9_k

6. Lana Del Rey – Norman Fucking Rockwell
Bardziej Elizabeth Woolridge Grant niż Lana Del Rey. Okazuje się, że taka kameralna, mało przebojowa, prawie lo-fi aranżacja “Ryana Fucking Goslinga” wykminiona przez Jacka Antonoffa lepiej wyraża poetycki geniusz i nietuzinkową osobowość Elizabeth niż wysokobudżetowe hymny z amerykańską flagą w tle. Jak pisze Will Shube: “Norman Fucking Rockwell! isn’t Lana Del Rey’s first success, but it is her first masterpiece.”

Highlight: https://www.youtube.com/watch?v=wPt0dGg4BKA

7. Kim Petras – Turn of the Light
Mój ulubiony dance-pop roku. Wszystko mi się tu zgadza: kiczowato-gotycki klimat rodem z Tańca Wampirów, barokowo rozdmuchane, daft-punkowe podkłady, zaskakujące jak na mainstreamowy pop nagromadzenie intrumentalnych skitów, wampiryczne the-weekndowskie vibratto na auto-tunie. No, prawie wszystko mi się tu zgadza – oprócz producenta Dr. Luke’a (Kesha parę lat temu wytoczyła mu głośny proces o przemoc psychiczną i seksualną).

Highlight: https://www.youtube.com/watch?v=ItHx3buFS1Q

8. Weyes Blood – Titanic Rising
Natalie Mering to kobieta wielu talentów i (dlatego) trochę moja idolka. Śpiewa myśli, które słyszę w mojej w głowie, komponuje melodie i wielogłosowe harmonie, które przeszywają mnie dreszczem, pisze intymne, egzystencjalne teksty, które są proste i emocjonalne w odbiorze. Nagrała wspaniałą płytę o której pisze: “I want to make sure everybody feels like they deserve to be alive. I hope you could have a smile during the apocalypse.” Poza tym na “Wild Times” od 2:50 znajdziecie chyba najlepszy kawałek Radiohead nagrany przez nie-Radiohead.

Highlight: https://www.youtube.com/watch?v=StSEXZcwOB4

9. Enchanted Hunters – Dwunasty Dom
Najbardziej dopracowany, najlepiej wyprodukowany i najtrafniej oddający korzenie i ducha naszej małej muzycznej wspólnoty album, jaki urodził się w polskim niezalu może nawet od 2006 roku. Fakt, że to sophisti-synth-popowe cudo zostało nagrane przez dwie przezdolne kobiety pokazuje jak zmieniły się czasy i napawa mnie prawdziwą dumą.

Highlight: https://www.youtube.com/watch?v=miC1E8uFqHc

10. Ed Mount – Left My Heart EP
“Skandalicznie” niedoceniona EPka tajemniczego artysty, który nawet nie jest skatalogowany na RYMie. Zestaw zaskakujących wszechstronnością sophisti-r’n’b perełek o inspiracjach rozciągających się od Steely Dan po Timbalanda. Ale poza doskonałym gustem Edmunt znalazł się na 10 miejscu również dlatego, że każdy kawałek z epki, mimo zupełnie innego gatunku, jest równie doskonale wyprodukowany.

Highlight: https://www.youtube.com/watch?v=rmKaiGS655U

Tradycyjna plejka roczna:

Podziel się ze znajomymi!