Na gorąco: SAULT „5”


Wydawać by się mogło że o retromanii powiedziano, napisano i wyśpiewano już wszystko. Że po Basińskim, Boards of Canada, Lopatinie, Jamesie Ferraro, vapor i chillwavie i The Avalanches wszystko, co było, naprawdę „już było”. Że nawet era przetwarzania przeszłości wyczerpała swoje możliwości, a nam pozostał płacz i śpiewający jutuberzy.

I wtedy na Carpigiani usłyszałam SAULT. Tajemniczy zespół, o którym nic nie wiadomo. Debiutancki album „5” jest równie enigmatyczny co autorzy. Materiał po pierwszym odsłuchu dezorientuje, ponieważ nie ma tu żadnego „ego”, punktu zaczepienia, który by między piosenkami tworzył klej – połączenie w mojej głowie „aha, do jest dalszy ciąg albumu” a nie „czy to już się włączyło radio Spotify?”.


W przypadku piątki ta druga myśl towarzyszyła mi początkowo przy każdej piosence. Sault zamiast ustanowienia stabilnej tożsamości rozpływają się w naśladownictwie i co piosenkę przeistaczają w kogoś innego. Jak muzyczny odpowiednik allenowskiego Zeliga nie posiadają własnej osobowości – jedyne, co potrafią, to przybierać maskę kogoś innego.

Nie tylko kogoś (jak Arethy Franklin w „Let Me Go”), ale też innego zespołu (Talk Talk + Velvet Underground w „Something’s in the Air”), odczucia (wsiadanie do auta w „Wild Hunders”), wspomnienia piosenki, której nie można sobie przypomnieć („Pink Sands”), nośnika zniszczonego przez czas (50-sowe, soulowe zespoły w „Think About It”), uporczywej melodii w naszej głowie (rewelacyjne hooki co krok), miłosnej piosenki, która nigdy nie została nagrana („Masterpiece”), soulowej odpowiedzi na „Since I Left You” The Avalanches – i prawdopodobnie najpiękniejszej piosenki „poza czasem”, jaka została nagrana („We Are the Sun”).

Po paru odsłuchach zrozumiałam, że to właśnie tematyka pamięci jako nośnika muzycznego jest tym, co łączy wszystkie te eklektyczne czasowo puzzle. I że retromania wcale nie powiedziała ostatniego słowa – nawet jeśli wszyscy znamy te same piosenki, to przecież każdy pamięta je inaczej – ergo możliwości przetwarzania są w zasadzie nieskończone.

Soniczne podróże w czasie SAULT mocno kojarzą mi się ze wspomnianymi wyżej The Avalanches. Tyle, że zamiast plądrować sample w celu tworzenia ponadczasowego, hipnagogicznego nu disco, obrali sobie za obszar zainteresowań muzykę soul, a za cel – ukazanie jak brzmi w ich kolektywnej podświadomości.

Najczęściej wybierają metodę mieszaną: nasycone retromańskością teksty, wokale z reverbami, szumami, a nawet przesterami (2:45 w „Let Me Go”, to nie może być przypadek), niczym odtworzone z zakurzonego winyla. Plus „odświeżone ” partie instrumentalne, które brzmią jak starocie zremasterowane w nowoczesnym studio.

Jednak muzycy nie mogą za długo usiedzieć w jednej strefie czasowej , więc tu i ówdzie wprowadzają do utworów funkowe, rockowe, synthowe czy rapowe elementy. Gatunkową spójność soulowej narracji przerywa surowy, post-rockowy „Something’s in the Air”, dream-popowy „Why Why Why Why Why” oraz syntezatorowe, retro-futurystyczne skity niczym urywki filmów z lat 80-tych. Dawno przeszłość nie brzmiała tak świeżo i nie dawała tak wiele nadziei na przyszłość.

Podziel się ze znajomymi!